Nell, tom 1 - Anna Rybkowska - ebook

Nell, tom 1 ebook

Anna Rybkowska

3,4

Opis

Natalia to przykładna żona i matka, która spełnia się, dbając o dom i rodzinę. Nie ma pojęcia, że czegoś jej brakuje, że za czymś tęskni. Nie musi lękać się swoich marzeń, bo... ich nie ma. Czy raczej zepchnęła je głęboko do podświadomości. Odzywają się, gdy przypadkiem nawiązuje internetową, a potem telefoniczną znajomość z Wiliamem Barlowem, angielskim muzykiem rockowym, idolem swojej własnej córki. Nie pisze mu o sobie prawdy, nie przyznaje się do wieku i czwórki dzieci... A gdy dostaje zaproszenie na koncert w Londynie – postanawia pojechać.

On nazywa ją Nell. I jak nikt inny budzi w niej coś, czego się nie spodziewała, czego nie chciała, czego się lęka i o czym nie może przestać myśleć.

Czy będzie umiała się temu oprzeć? Dla dobra rodziny. Dla spokoju własnej duszy...

A co z rozbudzonym ciałem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 327

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (5 ocen)
1
1
2
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




ANNA RYBKOWSKA

NELL

tom pierwszy

Oficyna wydawnicza RW2010 Poznań 2014

Redakcja Joanna Ślużyńska

Korekta: Ewa Lasota, Honorata Nowacka

Redakcja techniczna zespół RW2010

Copyright © Anna Rybkowska 2014

Okładka Copyright © Mateo 2014

Copyright © for the Polish edition by RW2010, 2014

e-wydanie I

ISBN 978-83-7949-079-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie całości albo fragmentu – z wyjątkiem cytatów w artykułach i recenzjach – możliwe jest tylko za zgodą wydawcy.

Aby powstała ta książka, nie wycięto ani jednego drzewa.

Oficyna wydawnicza RW2010

Dział handlowy: [email protected]

Zapraszamy do naszego serwisu: www.rw2010.pl

Nie ma nic bardziej ryzykownego od dążenia do nadania życiu sensu.

Roberto Salvadori

Natalia wraca do kuchni, żeby skończyć sałatkę owocową. Kroi plasterki ananasa, słuchając piosenek. Podczas tego zajęcia zastaje ją córka.

– Zjesz zupę?

– Może potem. – Dziewczyna sięga po kawałek ciepłego placka. – W całym domu nim pachnie!

– Co w szkole? – pada zwyczajowe pytanie.

– Nic – odpowiedź też nie odbiega od normy.

Natalia wzrusza ramionami. Wie, że za moment zacznie się jakaś dłuższa opowieść. Córka nalewa do szklanki zimnego mleka, wyjętego wprost z lodówki.

– Czyś ty w ogóle umyła ręce? Jak tak możesz jeść w biegu?! Zagrzeję ci zupę.

– Z mięsem?

– Nie, nagotowana na starych klapkach ojca, tych, które zakładał w sanatorium, gdy szedł pod prysznic! – stwierdza sarkastycznie Natalia.

– Jak z mięsem, to nie jem – zastrzega Julia.

Jest trochę podobna do matki, tylko wyższa i przez to jakby smuklejsza. Ciemne włosy upina w gładki kok i przewiązuje opaską. Delikatnie podkreśla kredką oczy.

– Dostałam piątkę za Coelho – oświadcza dumnie.

– Naprawdę?! Powiedziałaś czy przeczytałaś?

– Powiedziałam. Mogła być szóstka, ale podobno za cicho mówiłam.

– To zołza! – mało dyplomatycznie wyraża się o nauczycielce Natalia. – Co to ma do rzeczy? To przecież polski, a nie etiudy aktorskie!

– Mogę ci powtórzyć, co powiedziałam?

– No pewnie, słucham!

Obie siadają przy jasnym stole z Ikei. Patrzą sobie w oczy. Myślą o tym samym.

– ...każdego zachęcam do jej przeczytania. To alegoryczna, niełatwa opowieść, ale czyż nasze życie bywa łatwe? Ileż w nim czai się niespodzianek?

– Tak zakończyłaś? Brawo! – Natalia zrywa się z krzesła wyściełanego pikowaną poduszką i całuje córkę w czoło, przytulając ją do siebie. – Jestem z ciebie dumna!

Do kuchni wchodzi szesnastoletni chłopak, ubrany w niemiłosiernie pocięte dżinsy i bordową bluzę z kapturem. I w jego rysach błąka się nikłe podobieństwo do matki, ale ma jasne włosy po ojcu, jak on jest barczysty i bardzo wysoki.

– Mogę? – Patrzy na niedokończoną sałatkę z owoców.

– Nie doprawiłam.

– Martini? – pyta chłopak, wskazując na butelkę w szafie.

– Jeszcze czego! Cukier, sok z cytryny, wanilia, ewentualnie cynamon.

– Cynamon, błee... Wolę bez...

– Dostałam piątkę u Laurencji! – chwali się bratu Julia. Niektórych nauczycieli mają tych samych, w końcu chodzą do jednego gimnazjum. Ona jest rok niżej.

– Jeszcze czego. Chyba laczka.

– Za Alchemika.

– Może sama nie czytała... To w końcu nie jest lektura szkolna.

Natalia wychodzi z kuchni, przewiesiwszy przez oparcie krzesła zdjęty fartuch. Niewysoka i bardzo drobna, zręcznie lawiruje pomiędzy latoroślami. Dzieciaki przekomarzają się, nie zauważając jej manewru.

Siada w pokoju do pulpitu z klawiaturą. To nic, że przerwała w połowie mecz, który syn właśnie rozgrywał.

– No, mama! Maciej cały czas tu siedział. Cholera! – mówi Rafał.

Natalia odwraca się do niego ze śmiechem.

– Wpisz sobie minus za przekleństwo, a pretensje do Janasa albo Dudka, okej? Ja nie siedziałam od tygodnia.

W rodzinie Skowrońskich dzieci zbierają punkty, plusy i minusy. Co miesiąc ma to duży wpływ na wysokość kieszonkowego. W rankingu bierze udział także najmłodszy syn – pięcioletni Sebastian też chce pomagać mamie, choć często ma więcej chęci niż sił. Rafał jest najstarszy, potem piętnastoletnie bliźniaki, chodzące do różnych gimnazjów, oraz Sebek, który od jesieni pójdzie do zerówki. Natalia nie pracuje, mąż grafik nieźle zarabia. Stać ich na duże, wygodne mieszkanie, samochód i letniaka nad jeziorem. Mała, polska stabilizacja. Mateusz ceni żonę za spokój, pogodny nastrój w domu, dobrą kuchnię i mnóstwo tych nieistotnych z pozoru szczególików, które nauczył się ignorować, bo jest ich całkowicie pewny. Czasem tu bardzo gwarno. Ale on zawsze z radością wraca do gniazda, gdzie od progu wita go całus żony i dudniąca muzyka.

– Rafał, ściszcie to! Ogłuchnąć można! – Zakłada w korytarzu domowe pantofle, wzdycha i pyta: – Co u was?

– Normalnie. – Julia wzrusza ramionami, choć wie, że czegoś by jej brakowało, gdyby to pytanie nie padło.

– Mama usiadła do kompa, kiedy to ja miałem z niego korzystać! Powinieneś jej kupić laptopa, wtedy by nas nie kantowała! Co za świat, jak rany! Własna matka mnie wykorzystuje.

– Bo kazała ci zmyć naczynia po obiedzie? – Ojciec patrzy na ścierkę, którą Rafał miętosi w rękach.

– Nie, chociaż... przydałaby się w tym domu zmywarka!

– Pomyślę o tym. – Mateusz zagląda do kuchni i też wybiera placek zamiast zupy.

– O laptopie?

– O zmywarce.

*

Wysłał jej maila. Chce, żeby napisała o sobie, bo zauroczyło go jej zdjęcie. Też coś!

Wygłupia się czasem. Wchodzi na strony internetowe muzyków, bywa, że są to idole jej dzieciaków, czasem różne dziwolągi. Wystarczy, że muzyka jej się podoba. A Wiliam Barlow? Diabelnie przystojny, śpiewa, że jest samotny, zdradzony, porzucony, oszukany... Jego plakat wisi w pokoju Julii. Z gitarą. I obok gitary, na której jej córka, z różnym skutkiem, próbuje wybrzdąkać piosenki swojego bożyszcza. Wcześniej instrument należał do Maćka, który jakiś czas wiercił im dziurę w brzuchu o elektryczny sprzęt, bo jak spadać, to od razu z wysokiego konia. Szybko jednak się przekonał, że muzyka nie jest tym, co – w jego przypadku – tygrysy lubią najbardziej. Gitara wylądowała pod piętrowym łóżkiem chłopaków, gdzie leżała aż do chwili, w której przypomniała sobie o niej Julia. Oczywiście pod wpływem zauroczenia pewnym gitarzystą...

Natalia skończyła anglistykę. Jeszcze rok temu przygotowywała uczniów do matury. Jednak dom pełen dzieci ma swoje prawa, więc zrezygnowała z zawodowych ambicji. Brak kontaktu z językiem nadrabia przez Internet. Jeden komputer to stanowczo za mało! Ale Natalia jest uparta i przesadnie ostrożna. Gdyby dzieci miały swoje komputery, straciliby nad nimi kontrolę. Sama higiena psychiczna tego wymaga. Jednak miło dostać takiego maila. W pierwszym odruchu chce się pochwalić Julii: Barlow do mnie napisał! Coś ją jednak powstrzymuje... Siada z powrotem do klawiatury. Nikomu nie powie! To będzie jej mały, niewinny sekret. W domu Skowrońskich znajduje się też laptop ojca, w jego gabinecie, niedostępny dla reszty familii.

Natalia wysłała jakieś swoje zdjęcie na stronę fanów Barlowa. Uśmiechnięte, z zadziornie potarganą grzywką, chyba z zeszłorocznych wakacji. Ubrana w sprane dżinsy i jasnobłękitną koszulkę, ledwo zakrywającą brzuch, wygląda na nim jak beztroska dziewczyna. Czwórka dzieci nie obciążyła jej warstwą tłuszczu, nadal jest szczupła (niech żyje szybka przemiana materii), a długie włosy regularnie farbuje w dobrym zakładzie fryzjerskim. Ma czterdzieści lat. Przekornie napisała, że... dwadzieścia trzy; studiuje filologię angielską i historię sztuki, bo jest zdolna i nie boi się wyzwań; ma czadowego, perskiego kota (to prawda, tylko w innym sensie...) o imieniu Wiliam, na cześć... Szekspira!

Zerka na chmurnego adresata. Facet wie, w czym mu do twarzy. Przystojny, bezczelny dupek! Właściwie ona nie znosi takich typów! Ma ochotę utrzeć mu nosa. Uśmiecha się, puszczając wodze fantazji. Zawsze była w tym dobra. Pisze o złym świecie, w którym piosenki są zbawiennym lekiem na wszechobecne chamstwo i zdziczenie. O tym, że z nim zaczyna każdy dzień, że zajmuje ważne miejsce w jej harmonogramie, zaraz po porannym pacierzu. Ma go w swojej komórce i na tapecie kompa, słucha jego płyt i trwa w zachwycie... Uwielbia jego głos, choć wyczuwa w nim bezbrzeżny smutek i filozoficzną zadumę, która nie przystoi takiemu królowi życia jak on. Martwi ją, że dzieli ich taki dystans, bo chętnie usiadłaby z nim nad brzegiem jakiegoś neutralnego morza i pogadała o niezgłębionych zawiłościach ludzkiej duszy. Boże, ależ nawciskała kitu! Uśmiecha się i pisze dalej...

*

– Maciek! Zapomniałbyś śniadania. – Natalia podaje synowi pudełko z kanapkami. – Idziesz dziś na szachy?

– Jeszcze nie wiem, zależy, czy Adrian też idzie, prześlę ci eskę jakby co.

– Dobrze, tylko nie zapomnij klucza, bo jadę dziś do babci.

– A jak z nią? To przeziębienie już przeszło?

– Lepiej.

– Pozdrów ją od nas. Może do nich wlecę w sobotę, oki?

Maciek wychodzi, teraz tylko Julka zostaje. Jak zawsze długo okupuje łazienkę.

– Córcia, bo się spóźnisz na autobus! – Natalia w przelocie stuka w szybę w drzwiach.

Mały Sebek przeciera oczy, trochę zaspany.

– Mamuś, piciu... – prosi. – I siusiu.

– Może tak w odwrotnej kolejności? – Natalia siada na jego łóżku.

Mały śpi z nimi w pokoju, bo boi się sam, a nikt z rodzeństwa go u siebie nie chce. Starsi chłopcy mają wspólny pokój, a rodzice ulokowali się w dużej sypialni, więc... bywa zabawnie, kiedy Mateusz chce się poprzytulać do żony, a tu nagle słyszy:

– Tata, podaj robala, bo mi spadł.

Chodzi o przytulankę, ale to wystarczy, żeby Mateusz zgrzytał zębami. Natalia chichocze, a on, bosy, wychodzi z łóżka, podnosi rzeczonego „robala” i stwierdza z przekąsem:

– Miałem nadzieję, że już śpisz.

– A nie, ja zasnę zaraz po was.

Teraz Sebastian siedzi w swoim łóżeczku, w pościeli we wzorek z samolotami i helikopterami. Niczym na pokładzie statku ma tam wszystko, co niezbędne do przetrwania, czyli stosy zabawek i książeczek do kolorowania wraz z nieodzownym pudełkiem kredek i pasteli olejnych, bo Mateusz właśnie w nim upatruje spadkobiercę swoich talentów rysunkowych.

– Zlituj się, chłopie, trudno cię w tej gęstwinie odnaleźć. – Mama całuje synka na dzień dobry, mocno przytula i sadza na nocniku.

– Co to jest „gęstwinie”?

– Gęstwina – poprawia Natalia. – To jest właśnie to, co u ciebie leży na kołdrze.

– Ech, ty bambuciu, to wstyd tak na nocniku jak dzidziuś albo mała tyciorka – wytyka mu ze śmiechem Julia, zaglądając do pokoju rodziców.

– Ty jeszcze tutaj? Spóźnienie murowane! – Natalia strofuje córkę i odprowadza ją na korytarz. – Idź z Bogiem. Wracasz o trzeciej?

– Tak, chyba że zostanę i zrobię z dziewczynami te plakaty o Unii, ale może sobie dadzą radę beze mnie.

– No, jakby chciały, żebyś pomogła...

– Tak, tylko że mam jutro klasówkę z matmy i nikt mi jakoś nie chce pomóc.

– Poproś Rafała, przecież on jest świetny z matmy.

– No, teraz powiedziałaś! Żeby się ze mnie nabijał i leczył własne kompleksy, wyzywając od kretynek.

– Ja was nie rozumiem. Biegnij już, bo naprawdę późno!

Zamyka za córką drzwi. Idzie długim korytarzem. Po drodze przelotnie zerka na odbicie w dużym lustrze. Ma na sobie czarne sztruksy i fiołkowy sweter. Poprawia burzę włosów, krytycznie ocenia stan cery i brak jakiegokolwiek makijażu. Przy okazji zauważa złamany paznokieć; trzeba go spiłować.

– Mamuś, zrobiłem.

Czy to nie pora, żeby już robił siusiu do sedesu jak inni chłopcy w jego wieku? Niedawno jeszcze nosił pampersy... Niedawno? Nic nie powstrzyma upływu czasu, nawet się nie obejrzy, kiedy będzie miała w domu kolejnego nastoletniego szajbusa. Sebastian wchodzi z powrotem na swoją tratwę z zabawkami.

– Tu zjem śniadanie.

– Jajko czy parówka?

– Kiełbaska. I kanapka, bez sałaty i farfocli.

Farfocle to koperek lub pietruszka.

– Sałatka z pomidorów?

– Może być, ale bez...

– ...cebuli, wiem. Już się robi, Sir!

Natalia krząta się po swojej Ikeowej kuchni. Wszystko ma tutaj tak, jak chciała. Przed rokiem przeprowadzili się do większego mieszkania. Dwa miesiące się urządzali. Jednak wreszcie mają siedzibę swoich marzeń. Dla każdego jest tu miejsce. I pomyśleć, że jeszcze dziesięć lat temu męczyli się u teściów, a potem na pięćdziesięciu sześciu metrach, w dwóch pokojach i ciasnocie, która miała dwie zalety: brak wścibskiej teściowej i nieobecność lubiącego zaglądać do kieliszka teścia.

Natalia włącza radio na poranne wiadomości. Piosenka na dobry początek dnia dla tych, którzy niedawno zaczęli słuchać Jedynki. Barlow. Przez chwilę zastyga z łyżeczką w ręce.

Miałem sen,

że jesteś obok mnie

taka jasna i wyjątkowa.

Chciałem dalej śnić,

bo żadne słowa

nie oddadzą twego

smaku i zapachu...

Z pokoju dobiega płacz. Natalia biegnie na ratunek. Sebastian spadł z krzesła; sięgał po zabawkę z regału i strącił pudełka z zapomnianymi puzzlami.

– Co ty wyprawiasz? Mało ci jeszcze tego wszystkiego w łóżku?! Pokaż, uderzyłeś się?

– Nie-e. Ale spadł wazon z kwiatkami.

Konwalie. Mateusz znienacka przyniósł jej trzy bukiety, jakaś interesantka w redakcji poskarżyła się na klęskę urodzaju. Zapach kwiatów tak odurzał, że Natalia miała obawy, czy się obudzą.

– No, już dobrze, panie dziejski. – Przytula poszkodowanego i tak trwają przez kilka chwil. – Lepiej będzie, jak się umyjemy i ubierzemy, a potem zjesz śniadanie w kuchni, przy stole, jak człowiek. Nie gniewam się. Ale na mebleczki więcej nie właź.

„Mebleczki” to jedno z ulubionych słów w narzeczu syna. Reszta dzieci czasem nie rozumie ich rozmów. Podrosły i już nie pamiętają, jak to z nimi było. Na przykład Rafał bardzo lubił „szkolny” kolor, czyli żółty, skojarzony z autobusem matchbox, który kiedyś dostał.

Sebastian niechętnie pozwala się ubrać do połowy, wykonując ruchy niczym Ludwik XIV w trakcie ceremonialnej toalety. W górze od piżamki maszeruje do łazienki, żeby umyć buzię i zęby. Trochę tak na aby-aby, ale mama idzie do kuchni, bo czajnik gwiżdże, więc tego nie zauważa.

– Młody człowieku, a reszta ubrania? – pyta, gdy mały zjawia się nadąsany w kuchni.

– Pomoczyła się i opluła od pasty.

– Aha, musisz coś na siebie założyć, to nie fiesta w Brazylii.

– A co to bazylii? – Mały śmieje się.

– Ja tak niewyraźnie mówię? – pyta z lekka skonsternowana Natalia. – Nieważne. Wróć do pokoju i załóż koszulkę i bluzę. Bądź trochę bardziej samodzielny.

Mały przez sekundę chce spytać, co to znaczy, ale tylko przekrzywia głowę i idzie do pokoju, a Natalia myśli sobie: „Boże, jaka jestem niekonsekwentna!”.

*

– Mamo, ale afera! Szymańska wzięła Kubasa za dilera narkotykowego, bo widziała, jak gadał przez komórkę! – Rafał zaśmiewa się przy obiedzie. – Jego matka poszła ze skargą do dyra i nawciskała mu od skurwieli i...

– Matka Kuby? Przecież jest taka wyważona...

– Z tym się zgadzam, waży chyba tyle co młodociany słoń. Mogę jeszcze kotleta?

Gwar przy wspólnym kuchennym stole. Jest nawet Mateusz. Dzisiaj szybciej urwał się z biura projektowego. Spogląda na żonę. Uśmiecha się tajemniczo. A może obiecująco? Kiedy ostatni raz się kochali? Przed tygodniem? Jeszcze dawniej? Ostatnio ma zbyt wiele spraw, siedzi do późna, a gdy się kładzie do łóżka, ona już śpi. Dziś będzie inaczej...

– A dla mnie jak zwykle zabrakło – buntuje się Maciej. – Ja miałem najmniejszego, w dodatku z gnatem.

– Dobry schabowy powinien być z kością, te pedalskie plasterki, które teraz sprzedają w marketach, to chłam – wygłasza z namaszczeniem Rafał.

Julia patrzy na nich z odrazą angielskiej królowej.

– Mięsojady! Jeść świńskie tyłki? Jesteście obrzydliwi. Macie pojęcie, ile to zawiera złej energii?

– Akurat ty mi już nie musisz dodatkowo obrzydzać żarcia. Wystarczy, że popatrzę na to, co masz na talerzu. – Rafał krzywi się.

– Kotlet z boczniaka, ryż i sałata. Ekologiczna.

– A wiesz, że boczniaki rosną na tym, co wyleci ze świńskiego tyłka? – Chłopak parska śmiechem. – To jest dopiero ekologia wyższego rzędu!

– Nieprawda, boczniaki rosną na parcianych workach z sianem, nieuku!

Rafał śmieje się jeszcze głośniej.

– A to siano jest z obory, skarbie! Bo inaczej nic by na nim nie wyrosło! Mierzwa jest podstawą wszelkiego bytowania. Mierzwa i seks!

– Rafał! – Mateusz strofuje go nazbyt gorliwie, nieświadomie przyłapany przez syna na intymnych planach odnośnie dzisiejszego wieczoru. Trzeba namówić Julię, żeby wzięła małego do siebie i poczytała mu Puchatka; jutro przecież piątek i córka sobie dłużej pośpi, bo do szkoły idzie na czwartą lekcję.

– O co chodzi? – obrusza się Rafał. – O seks? Ciekawe, że to słowo elektryzuje każdego ojca. Mówiliśmy dziś o tym na religii, z katechetką. Tak właśnie to ujęła. Mierzwa i seks. Dla niej to jednoznaczne. Spytałem, czy pojawiła się na świecie za sprawą niepokalanego poczęcia...

– Nie wierzę, że coś takiego zrobiłeś! – przerywa mu Natalia.

– Dlaczego? Historia notuje takie wypadki, a nasza pani od religii jest świetną ilustracją powiedzenia, że cnota to brak okazji.

– Wasza wychowawczyni skarżyła się na zebraniu, że zrobiliście się bezczelni. To pewnie o tę katechetkę jej chodziło.

– Mamo, my już nie jesteśmy dziećmi. Wiemy, że nie przyniósł nas bocian, a ona nas uwstecznia i traktuje jak idiotów. W dodatku opieprza dziewczyny, że mają za krótkie bluzki, bo im widać pępek...

– Ma rację, szkoła to nie miejsce na takie demonstracje! – stwierdza kategorycznie Natalia.

– ...tak jakby pępek był jakimś najbardziej erogennym miejscem na ciele! To jest żałosne!

– Dziewczyny z waszej szkoły, przynajmniej niektóre, są wyzywająco wymalowane. Wprawiają w konsternację dorosłych facetów – oponuje matka.

– Jak ktoś jest zbokiem, nie powinien uczyć – zauważa roztropnie Maciej.

– I tak uważam, że powinno się przywrócić obowiązek noszenia mundurków.

– No nie, teraz to przegięłaś! – prycha Rafał. – Mundurki się nosiło przed potopem.

– Ja chodziłam w mundurku! – oburza się Natalia.

– No bo ja miałem na myśli potop... szwedzki. Ha, ha!

Natalia nie brnie dalej w temat mundurków. Otwiera karton soku z Hortexu i wlewa wszystkim do wysokich szklanek. Małemu dodaje słomkę. Dyskusja przygasa.

– Tato, doładujesz mi komórkę? – prosi Maciej.

– Nie oddałeś mi jeszcze za poprzedni raz.

– Bo byliśmy w kinie.

Mateusz zdejmuje okulary, co zapowiada dłuższą tyradę.

– Jak nie masz pieniędzy, nie możesz używać komórki. Im prędzej to zrozumiesz, tym lepiej dla ciebie. A poza tym...

– Jezu, tato...

– Nie przerywaj. A poza tym chcę ci przypomnieć, że trzeba zapłacić kolejną ratę za kamerę. Za twoją kamerę, synu.

– Mówisz do ucznia, a nie robotnika! Nie mogę ogłosić strajku, kiedy moje wpływy gotówkowe tracą płynność.

– Wciąż widzę, jak się obijasz. Trochę fizycznej pracy zanadto by cię nie nadwyrężyło.

– Daj mu spokój, to jeszcze dziecko... – wstawia się za synem Natalia.

Julka demonstracyjnie parska śmiechem.

– Rety! Miałem ostatnio pilne wydatki. O! I wyłożyłem za innych na prezent dla Markowskiej – broni się Maciej. – Jeszcze mi nie oddali.

– Prezent? Przecież do końca roku zostało jeszcze trochę czasu.

– No bo to było na imieniny.

– Kupujecie nauczycielom imieninowe prezenty? Od kiedy?

– Chcieliśmy ją udobruchać, bo z ostatniego sprawdzianu było tyle pał. Baba chodziła wpieniona, więc uradziliśmy, że kupimy jej album o powstaniu warszawskim, to jej ulubiony fragment naszych dziejów. Może o tym ględzić bez końca, jak nawiedzona.

– Dla was to tylko ględzenie, a tam ginęli wasi rówieśnicy! – poważnym głosem zauważa Mateusz.

– Rany Julek! Tato! Jeszcze ty mi nie rób wykładu o martyrologii, bo zwrócę tego najmniejszego kotleta! Szkoda by było, bo i tak się nim nie najadłem.

– Gdybyś wyrzygał te świńskie flaki, poczułbyś się jak człowiek, a nie jak bydlę – mówi całkiem serio Julia.

– Dziewczyno, opamiętaj się! W końcu tylko ty nie jadasz tutaj mięsa – protestuje Natalia. – Mam nadzieję, że ci to wkrótce przejdzie. Do tego czasu oszczędź nam swojej filozofii, jako i my ci swojej nie wciskamy...

– Amen.

Rafał znowu bardzo głośno się śmieje. Mateusz próbuje opędzić się od namolności młodszego syna.

– Nie masz pieniędzy, zarób. Pomożesz mi, będziesz miał doładowaną komórkę. Chodź do pokoju.

– Zaraz będzie mój program w MTV. Chciałem zobaczyć – jęczy Maciej.

– Skoro nie zamierzasz skorzystać z szansy, jaką ci daję, nie nudź dalej o swojej komórce, dobra?

Mateusz podchodzi do żony, przytula ją, a ona znowu wstawia się za młodszym synem.

– Zapłać mu za tę komórkę...

– Nie ma mowy. Niech mi pomoże, zna ten program. Może popracować na komputerze, trochę się podszkoli.

– Ale chciał obejrzeć MTV. Wiem, że to dla nich ważne.

– Daj spokój. Rafał mu nagra te pierdoły, obejrzy potem.

– Dla taty to tylko pierdoły! – oburza się Maciej. – Ty, tato, w ogóle nie oglądasz tiwi.

– Chyba że leci Lisbon story – zauważa Rafał z chichotem.

– No właśnie. Albo Buena Vista Social Club, czyli pozycje, które wyludniają publikę jak dżuma albo inna cholera.

– Bo tata ogląda tylko filmy artystyczne, a nie takie barachło o waleniu po mordach i druzgotaniu czaszek jak wy. – Julia staje po stronie ojca.

– Ja oglądam filmy, w których się coś dzieje. Jest akcja, rozumiesz? – tłumaczy Rafał. – Ale MTV też będziesz oglądała, co? Może Barlow się objawi...

– Palant! – kwituje Julia, wydymając usta.

– Może i masz rację.

– Spadaj na drzewo, ja o tobie, nie o nim. Co za dureń!

– Odezwała się wegetarianka od siedmiu boleści. Ale salami to żeś wczoraj wtranżalała aż miło. Szczęki chodziły ci jak u modliszki.

– Odwal się ode mnie, downie!

– Cicho. Skończcie z tymi downami, słowo daję! – protestuje Natalia. – Nie życzę sobie takich określeń. A ty, skoro jesteś taka uczona – zwraca się do córki – powinnaś wiedzieć, że zespół Downa to określenie na zaburzenia rozwoju umysłowego, a ja nikogo z zespołem Downa nie urodziłam. To jest za poważna sprawa, żeby tak nią szafować!

– Czemu im tego nie mówisz? – złości się Julia. – To on zaczął mi dokuczać. Stale to robi, ale tylko ja muszę wysłuchiwać kazań.

Maciej idzie z ojcem do pracy, uzgodniwszy wcześniej, że brat nagra mu program, o ile uzna, że warto. Natalia siada do komputera. Sebastian przytula się do niej i przymila.

– Pokażesz mi bajeczkę?

Nowy mail od Barlowa. Serio. Pisze, że jest zachwycony, bo zechciała znowu się odezwać. On. Nią. A o świecie, że nie jest zły, skoro ludzie chcą ze sobą rozmawiać. Pyta o Poznań, czy to duże miasto. Jezu! Ci wyspiarze poza czubkiem swego nosa nie widzą i nie znają niczego. To naprawdę wkurza. A on niby skąd pochodzi? Bo w gruncie rzeczy się do tego nie przyznaje. Natalia pisze, że czuje się rozczarowana, bo ma jej miasto za jakąś wiochę, a to całkiem spora aglomeracja i jeśli dobrze poszuka na mapie, to na pewno znajdzie. Nawet jeśli to jakaś angielska mapa. Wyobraża sobie, że jest mieszkańcem imperium. Ich językiem mówi świat, a ich tradycja i kultura nie mają sobie równych, stąd ten protekcjonalny ton wobec innych Europejczyków. A Chopin? A Kopernik? Nie, to chyba nie są najlepsze przykłady. Już Gombrowicz wyśmiał taki patriotyzm. Zresztą o co chodzi? Że jakiś Brytyjczyk pyta o Poznań? No dobrze. Trzeba mu objaśnić, że Polska to nie tylko Gdańsk z Wałęsą, Warszawa z siedzibą rządu i Kraków z Wawelem.

Julia podaje mamie telefon. Przyszedł SMS. Treść po angielsku, bo podała mu numer. Skoro prosił... Czy na tym człowieku kończy się i zaczyna świat? Natalia patrzy na ekran komputera, a potem odwraca się w stronę telewizora. Jest. Dziękuje swoim fanom i komuś tam jeszcze. Natalia wraca na stronę Barlowa. Jeśli się zaloguje pod wskazanym adresem, weźmie udział w losowaniu biletu na koncert w Hyde Parku za dwa miesiące. Natalia podejmuje decyzję. Za dużo tego jak na jeden dzień. Kasuje SMS-ową wiadomość. Woła najmłodszego synka, żeby puścić mu bajkę. Do licha! Nie jest jakąś małolatą!

– A ten SMS to od cioci Anety może? – dopytuje Rafał. – Nie zapraszają nas czasem na grilla?

– Coś mi ojciec wspominał, że wujek miał do niego zadzwonić. Ale... – Natalia wychodzi z pokoju. Jest jakaś rozkojarzona.

– Mamo?

*

Słucha miarowego oddechu męża. Gdy śpi odwrócony do ściany, nie chrapie. Kochali się zaledwie przed kwadransem. Dlaczego jej to nie zaskoczyło? Od obiadu czuła, co się święci. Mateusz pohukiwał na dzieci, pomstował na domowe zwyczaje, na zbyt długie siedzenie przed telewizorem. Rutyna? Chyba nic jej już nie zaskoczy. Zawsze wie, kiedy on tego chce. A ona? Woli wieczorem poczytać albo wziąć długi ciepły prysznic, a potem słuchać muzyki, niekoniecznie Barlowa.

Widziałem cię przelotnie

na ulicy,

szłaś w tłumie,

nie zauważyłaś mnie,

bo stałem zbyt daleko.

Skąd wiem, że nigdy

więcej się już nie spotkamy?

Nagrodzony i to parokrotnie. Płynie na fali sukcesu, mimo wyskoków z narkotykami, o których ostatnio pisała kolorowa prasa. Może przesłać mu maila z gratulacjami? Albo SMS-a? Teraz może wybierać. Nie, przecież skasowała wiadomość, nie ma jego numeru. Właśnie... Jakiś dziwny był ten numer, zbyt krótki... Mimo woli go zapamiętała. Wszyscy śpią. Skrada się do pokoju, gdzie stoi komputer męża. Ten numer... Tak. Chwilowo niedostępny. Podał jej swoje osobiste namiary... Dlaczego tak szybko bije jej serce? Jeszcze pachnie dezodorantem męża, czuje żar jego oddechu na swojej szyi i piersiach, a tu... Z korytarza dobiega szmer, jakby czyjeś kroki. Spłoszona Natalia szybko wyłącza komputer. To Sebastian. Przyszedł cicho, na bosaka.

– Mamuś, tata chrapie. – Przytula się, ma wilgotną twarz.

– Płakałeś?

– Nie, tylko trochę, bo gdzieś sobie poszłaś, a ja spałem, ale potem się obudziłem. I śnił mi się smok. Nie był groźny, ale trochę za duży...

Natalia bierze go na ręce, choć jest dla niej za ciężki, i chwiejnym krokiem kieruje się do pokoju. Kładzie małego, przykrywa kołdrą. Całuje w miękkie włosy, a potem cicho układa się obok śpiącego męża. Mateusz przewraca się, bezwiednie dotyka jej dłonią. Przez moment wygląda, jakby rozpoznał ją we śnie, i uśmiecha się tak jakoś po dziecięcemu. Natalia zamiera. Żeby się tylko nie zbudził. Nie chce z nim teraz... Musi pomyśleć. Zupełnie odechciało jej się spać. Leży cicho, w zupełnej ciemności. Słyszy, jak równe oddechy męża i syna przeplatają się ze sobą, wypełniając ciszę. Natalia znowu wychodzi. Bosa na miękkim dywanie. Idzie po omacku do łazienki. Dopiero tu zapala światło. Spogląda na swoje odbicie w tafli dużego lustra.

Ma czterdzieści lat. Kiedyś wydawało jej się, że doczekać tego wieku to prawie jak śmierć. Nie czuje się staro, ale jakby wszystko już było poza nią. Spoglądając w przyszłość, myśli przede wszystkim o dzieciach. Przypomina sobie momenty, gdy przychodziły na świat, dorastały. Pamięta jeszcze konsternację przy drugiej ciąży, kiedy dotarło do niej, że to będą bliźnięta. I ten strach, kiedy raz jeszcze przyszło zmierzyć się z losem, gdy urodziła czwarte dziecko. Nie planowali takiej gromady. Całymi latami stosowali kalendarzyk małżeński i metodę termiczną. Oto efekt. Córce na pewno nie poleci tych metod, jeśli kiedyś ją zapyta. W jej przypadku dwa porody zakończyło cesarskie cięcie. Ostatnia ciąża była zagrożona. Rodziła w prywatnej klinice. Lekarz, chcąc ustrzec Natalię przed ryzykiem następnej, podwiązał jej jajowody. Mateusz na tę wieść zareagował entuzjastycznie. Wreszcie koniec strachu i liczenia, poczuł się wolny. A ona? Niedawno wyczytała w prasie, że sterylizacja jest nieodwracalna i karalna w polskim wymiarze sprawiedliwości. Do pięciu lat więzienia...

W lustrze widzi twarz o łagodnym owalu i nieco wystających kościach policzkowych. Szyja jeszcze całkiem, całkiem. Regularne rysy twarzy, naturalnie ciemna oprawa brązowych oczu, niezła cera, wydęte kapryśną linią usta, trochę jak u obrażalskiej. Natalia rozpina cienką piżamę. Spogląda na swoje piersi i płaski, zwarty brzuch. Kiedy kobieta tak lustruje samą siebie, albo jest zakochana, albo się starzeje. Dotyka skóry. Myśli o swoich ciążach, które nie pozostawiły wielu śladów na jej ciele. Cieniutka, nieco jaśniejsza od karnacji blizna po cięciu, które otwarło Sebastianowi drogę na świat. Jak smużka śluzu pozostawiona przez ślimaka. Latem nosiła bikini. Co prawda lepiej się czuła w pareo, które asymetrycznie przewiązywała w pasie, ale... Mogła się podobać, bo wyglądała dużo młodziej, niż wskazywała metryka. Skąd jej to nagle przyszło do głowy? Dlaczego serce znowu tak szybko bije?

Idzie cicho do kuchni, grzeje wodę i zaparza sobie miętę z rumiankiem. Siada pod oknem, zerka zza rolety na ulicę. Jakiś kot przemyka pod latarnią. Słychać szum drzew. Noc jest dość ciepła i pogodna. Natalia otwiera nagle okno, wychyla się, spogląda na gwiazdy. Czuje w powietrzu zapach akacji.

Podchodzi do komputera w pokoju chłopców. Siada w rozpiętej piżamie. Dziwnie się czuje, jakby robiła coś złego. Rozgląda się. Synowie śpią bardzo mocno. Wstaje i wraca do kuchni. Co chciała zrobić?

Patrzy na resztki pizzy z kolacji. Niepozmywane naczynia. Szklanki, sztućce. To jej dom. Jej miejsce pośród tych okruchów ze stołu, pokrojonego pomidora, masła w żółtej miseczce.

Maj pachnie nawet przez zamknięte okno. Myśli biegną gdzieś daleko. Jutro rano, kiedy wszyscy wyjdą, a mały jeszcze będzie spał... Nie, Julia idzie do szkoły później. Nie włączy komputera. Pójdzie zaraz spać. I zaśnie.

*

Zakupy w piękny, majowy poranek. Sebastian idzie z mamą za rączkę. Staje przy straganie z warzywami. Przygląda się sprzedawcy, który bardzo głośno wydmuchuje nos w kraciastą chustkę. Natalia wybiera szparagi, pomidory, ogórki, sałatę. Podchodzi do nich jakaś kobieta zainteresowana asortymentem z przyległego stoiska.

– Te banany to u pana? – pyta skonsternowana, bo obok nikogo nie ma.

– Nie, to sąsiada.

– Aha...

Natalia płaci za swoje warzywa, zabiera siatkę z zakupami. Słyszy, że kobieta dalej pyta:

– Ale przecież tu nikogo nie ma. To ja panu zapłacę, a pan mu odda.

– Paniusiu kochana, to nie moje banany, nie mój interes jest w ogóle.

– A ten, co tutaj sprzedaje, gdzie się podział? – drąży kobieta.

– A... poszedł seks uprawiać, tak go te banany przypiliły, miał widać o jednego za dużo – odpowiada mocno poirytowany sprzedawca.

Natalia uśmiecha się, skłania głowę na pożegnanie, idzie do marketu po chleb i sery. Mały naciąga ją na żelki Haribo i cukierki Tic-Tac, paczkę chipsów i sok ze słomką, bardzo „smoczny”. Na zakończenie wchodzą do dużego sklepu z używaną odzieżą z Anglii i Irlandii. Dlaczego ta Anglia tak ją ostatnio prześladuje?

To istna świątynia o specyficznym zapachu. Wśród jej zakamarków uwijają się kobiety owładnięte ciuchomanią. Mają już setki bluzek, ale wciąż przychodzą po następne. Wybierają kolejny stanik na rozbieraną randkę, kolejną parę spodni, spódnicę, pikowaną kurtkę na deszcz, wiatr lub na pogodę. Od progu prezentują się ozdoby z juty i nieco wyblakłe kapelusze z Pireusu albo Majorki, gdzie ktoś spędził w ich towarzystwie niezapomniane wakacje lub przeżył płomienny romans. Na podłodze stoją równo jak kostki domina buty, buciki, paputki, ciżemki, espadryle, klapki. Niczym dziecięce zabawki mieszają się obcasy, cholewki, zelówki. Pod obcasami zbiera się kożuszek kurzu. Buty są różnokolorowe. Mają fikuśne kształty i zaskakujące zestawienia barw. Dziecinne kaloszki z bohaterami kreskówek. W zagmatwanym ciągu wiszą płaszcze, kurtki, kufajki, podomki, prochowce, sztormiaki, kożuchy, deszczowce, kapoty, blezery, marynarki.

Natalia staje pośrodku niezdecydowana, bo niczego nie potrzebuje – podobnie jak większość tutejszych klientek. Przyszła pobuszować. Co by tu najpierw? Buty, bo witają od progu niczym zbuntowana gromada kibiców na stadionie. Nie ma jej rozmiaru – chyba że wśród dziecięcych. Natalia ma drobną stopę. Kuca obok, standardowych nie tyka. To okazja do podziwu dla bezsensu niektórych trendów mody.

Mały biegnie do koszy z zabawkami. Przeszukuje je w towarzystwie jakiejś dziewczynki z jasnymi loczkami. Coś do siebie mówią. Ona jest zachwycona, a on popisuje się, wygadując jakieś nieprawdopodobne bzdury. Czas mija. Natalia uświadamia sobie, że w tym rozgardiaszu, barokowym przepychu i nadmiarze, pośród ludzi snujących się obok wieszaków, pochylonych skwapliwie nad koszami pełnymi zabawek albo w milczeniu przesuwających wiszące paski niczym paciorki różańca – brakuje klepsydry. Miarowo, niezmordowanie i nieubłaganie odmierzałaby czas, jaki każdy trwoni w tym przybytku. Zwoje szali, kopce czapek, stosy majtek niczym cukierki, po które wystarczy sięgnąć ręką.

Mateusz nie wie o tej skrywanej namiętności żony, a ona często kupuje tutaj ubrania, także dla dzieci. Czasem natyka się na sąsiadki, razem mierzą kiecki, doradzają sobie, bez fałszywego wstydu i gadania, że to tylko na działkę. Ma taką znajomą z osiedla, która wypróbowała już wszystkie diety i nie schudła. Na widok Natalii rozpoczyna kolejną, równie bezskuteczną. Śmieją się z tego. Takie małe centrum rozrywki.

Natalia przymierza kolejną prześwitującą czarną bluzkę. Bardzo sexy. Tyle ich już ma, że do końca życia obdzieli nimi wszystkie uroczystości. Niektóre kobiety powinny mieć kilka ciał do noszenia ciuchów. I parę męskich oczu, niestrudzenie zakochanych, pełnych entuzjazmu i gorącego zachwytu... A już na pewno niezliczoną ilość okazji, by to wszystko założyć, by w tym wszystkim pochodzić. Natalii nadarzyła się takowa na filmie Woody’ego Allena. Mateusz przysnął w kinie, nawet zaczął chrapać. To był idiotyczny pomysł. Wcześniej zarwał trzy noce z rzędu z powodu pilnej pracy na wariackich warunkach, a ona wyciągnęła go do kina. Kiedy mu opadła głowa, zrozumiała, że przyszedł tu dla niej, a właściwie dla świętego spokoju – nazbyt zmęczony, żeby odmówić.

Bluzka na cienkich ramiączkach podkreśla biust i bardzo szczupłą talię. Natalia jest kobietą o figurze w dobrym, starym stylu. Ma biodra, których się nie wstydzi, wąską talię i wydatny biust. Dzisiejsze wysportowane, goniące chłopaków dziewczęta upodabniają się do nich nawet typem sylwetki. Wąskie biodra, ledwo zaznaczona talia, małe piersi i wychudzone ramiona, wystające obojczyki, przygarbione z powodu wysokiego wzrostu plecy...

Do licha! Dla kogo ona jeszcze ma się stroić? Mąż uważa, że we wszystkim jej dobrze, czyli nijako. Dla dzieci jest mamą, a znalazłszy się w tej kategorii, kobieta już się nie ubiera, tylko po prostu jest, wszystko jedno w czym.

– Mamuś, zobacz, jaki zajefajny żółwik. Przydałby mi się taki.

Skończy się na kupnie żółwia z pluszu, a ona wszystkie stroje odłoży z przepraszającym uśmiechem. Ma już pełną szafę ciuchów i tylko jedno ciało. Jedno życie.

Cichy, miarowy sygnał. Komórka. SMS, od niego. Pod Natalią uginają się kolana. Co ona najlepszego robi? Mailuje i SMS-uje z młodszym o dziesięć lat facetem. Wysyła mu swoje zdjęcia. Zwariowała?

Na dodatek od tego SMS-a nieznośnie łomocze jej serce.

– To weźmiemy żółwika? – słyszy głos Sebastiana i powraca do rzeczywistości. Bez słowa wyłącza komórkę i idą zapłacić za żółwia. Presja nietuzinkowej sytuacji opłaca się małemu.

*

Słyszała jego głos. Zadzwonił. Pytał, czy nie zechciałaby przyjechać na koncert. W tym miesiącu będzie w Berlinie. Wykręciła się sesją na uczelni. Choć to bez sensu i nieprawda. Co chwila oglądała się za siebie, obawiając się, że do pokoju wejdzie któreś z dzieci. Ma wprawdzie w Londynie koleżankę z czasów studiów, Sarę, ale na ogół tylko wysyła jej maile. Zdumiałby ich widok mamy gadającej z kimś przez godzinę po angielsku w trakcie obierania warzyw i mieszania gulaszu. Rozmawiali o niczym, śmiali się, żartowali. Jej angielski – nadal w formie. Porozumiewali się bez problemu. Nie mogła uwierzyć. Pożegnali się jak starzy znajomi. Jakby znali się od lat. I lubili. Przesłał jej swoją nową piosenkę.

Nie słuchaj, co ci mówią o mnie,

nieważne, jak się nasze losy toczą,

nie przykładaj wagi do plotek.

Tylko bicie mego serca

zdradzi ci o mnie całą prawdę.

Tylko bicie mego złamanego serca.

– Mamo, przetłumacz mi tę najnowszą piosenkę Barlowa – prosi Julia, wchodząc do pokoju z nagraniem ściągniętym z Internetu.

– To pirat jest? – pyta groźnie Natalia.

– No tak...

– Ile razy mówiłam...

– Na mp3 też bym mogła złapać, co to za różnica? Jedno jest legalne, drugie nie?

– Wasz ojciec na własnej skórze doświadczył złodziejstwa praw autorskich, a ty okradasz swojego idola. Ładnie to tak?

– Po pierwsze, nie jego okradam, bo on na pewno już na swoje wyszedł, a raczej koncern płytowy. Zresztą... co mnie to obchodzi? Takie czasy. Na biedaków nie trafiło.

– To jest kradzież.

– A znasz jakiś inny sposób? Wiesz, ile kosztuje jego płyta?!

– Domyślam się, ale nikt nie powiedział, że uczciwość jest tania.

„Tak, sam mi tę piosenkę niedawno... – myśli Natalia, ale nie mówi tego głośno. – Boże, gdyby Julka wiedziała, że rozmawiałam z nim przez telefon...”.

– To przetłumaczysz?

– Dlaczego sama nie spróbujesz?

– Bo ty zrobisz to lepiej.

Cały świat jest dlatego taki wielki,

by ludzie mogli się na nim odnaleźć,

a często najdalej nam do tych,

którzy są całkiem blisko.

– Niezbyt to odkrywcze – zauważa Natalia.

– Mamo, przecież to tylko piosenka.

– Ale miewał lepsze teksty. Cóż, ilość nie chadza w parze z jakością. A on wydaje płytę za płytą, jakby od tego zależało całe jego życie, nic dziwnego, że...

– Nieprawda, melodia jest bardzo ładna, posłuchaj. Poza tym, nie masz racji. Do studia wchodzą dopiero jesienią, teraz mają koncerty, a przez całe lato wielkie tournée: Australia, Nowa Zelandia, Japonia, nawet do Moskwy przyjadą. Będą miesiąc w Stanach, no i cały czas trwa tura po Europie. Chciałabym tak żyć... – rozmarza się Julia. – Wciąż w rozjazdach. To musi być fantastyczne! Sława, fani...

– Fanki. Rozhisteryzowane i każda dobra na jedną noc albo na godzinę! – wtrąca Natalia, bardziej do siebie niż do córki. – Refren jest całkiem prosty, nieomal prostacki. Sama potłumacz, to dobry trening językowy.

Julia przygląda się matce nazbyt uważnie.

– Mamo, ty mailujesz z Barlowem? – pyta znienacka.

– Co? Nie, skądże. Ja... zalogowałam się na jednej ze stron i oni mi czasem... Ale ty jesteś dobrze poinformowana.

– Dlaczego mi nie powiedziałaś? Przecież wiesz, że go uwielbiam.

– Chyba trochę przesadzasz. Chociaż w twoim wieku byłam zafascynowana Jimem Morrisonem z Doorsów, tylko... on od dawna nie żył. Wiesz, ja... nie pomyślałam. Lubię mieć kontakt z językiem i czasem coś napiszę... tak tylko dla treningu.

– Ale dostajesz od niego maile.

– To agenci piszą. On na pewno daje im wolną rękę i nie ma pojęcia, co firmuje. Musi podtrzymywać kontakt z fanami, przecież z tego żyje. Sama mówiłaś, że z powodu tylu koncertów nie znajduje czasu na czytanie korespondencji.

Zapada dość niezręczna cisza. Julia zabiera płytę i wychodzi obrażona. Po chwili wpada Rafał.

– To prawda, że Will Piękne Oczy do ciebie mailuje? – pyta rozbawiony. Nie zmarnuje żadnej okazji, żeby podokuczać siostrze.

– To nieładnie odbierać cudzą pocztę – stwierdza rozdrażniona Natalia.

– Ale heca! Może go do nas zaproś na obiad? Zrób szparagi w sosie serowym. Szparagi to ponoć świetny afrodyzjak, przyda mu się... Albo kaczkę z jabłkami, ostatnia była palce lizać! Albo ten... no... rosół mu ugotuj. Będzie po nim cienko śpiewał!

– A dla ciebie matka to już tylko do garów się nadaje, co? – nie wytrzymuje Natalia.

Rafał nadal błaznuje, bardziej pod adresem Julii niż matki.

– Co mu napisałaś, że tak chętnie odpowiedział? Julia ciągle mu coś wysyła i nic. Niczewo i nothing.

– Mama mu wysłała swoje zdjęcie – słyszą z drugiego pokoju głos Julii.

Znowu zapada cisza, bardziej krępująca od poprzedniej. Rafałowi przechodzi ochota do żartów.

– Serio? – pyta z głupia frant.

– Serio, serio – odpowiada zła na siebie i na nich Natalia.

Na szczęście do pokoju wchodzi Sebek ze swoim żółwiem. Dobrze, że nie wiedzą nic o telefonach.

*

A on dzwoni regularnie. Zazwyczaj rano, kiedy wszyscy są poza domem, a mały wypierza się w łóżku. To dość nietypowa pora dla muzyka, który pewnie często zarywa noce, ale Natalii najbardziej odpowiada. Od niedawna nosi telefon w kieszeni, choć nigdy przedtem tego nie robiła. Sebek zadaje niepokojące pytania. Dlaczego mama zamyka się w pokoju i tyle czasu z kimś rozmawia, śmiejąc się? Próbował posłuchać, ale niczego nie rozumie...

*

– Wiesz, że Basia i Robert się rozwodzą? – pyta mama Natalii, sadzając sobie na kolanach uradowanego prezentem wnuka.

– Tak? A tacy byli szczęśliwi. A jakie huczne mieli wesele! – dziwi się Natalia, choć w gruncie rzeczy nic ją to nie obchodzi. Basia to jej koleżanka ze studiów, a Robert – jej pierwsza poważna sympatia. Był taki zakochany w Basi, podobnie jak wcześniej w Natalii.

– Robert ma inną. Basia jest zrozpaczona. Na szczęście nie mieli dzieci.

– Dlaczego na szczęście?

– Wyobrażasz sobie, co to za tragedia dla dzieci, kiedy rodzice się rozwodzą?

– Ja myślę, że to dramat również dla Roberta i Basi.

– Ale małżeństwo tyle lat bez dzieci, to bez sensu. On sobie znalazł inną, bo chce mieć dzieci.

– Skąd wiesz?

– Jestem tego pewna. Jaki sens ma związek dwojga ludzi bez potomstwa? No powiedz sama. Czy ty byś wytrzymała z Mateuszem tyle lat bez takich skarbów? – Całuje wnuka i podryguje kolanami, na których trzyma Sebka. – Sama dobrze wiesz, że z facetem i święta by nie wytrzymała!

– Mateusz ze świętą chyba też... – Natalia chichocze.

– A dzieci cementują każdy związek. – Pani Witkowska ignoruje jej żart.

– O ile wiem, mafia też lubi używać cementu... A poza tym co masz do zarzucenia Mateuszowi? – pyta jakby samą siebie Natalia.

– To dobry człowiek, chociaż strasznie uparty i lubi postawić na swoim.

– A ty może tego nie lubisz?

– Wiesz, o czym mówię, nieraz się na niego żaliłaś.

– Ja?

– Rozumiem to, córeczko. Każdy facet ma swoje za uszami. Dlatego lepiej przeżyć życie z jednym, bo przynajmniej nas już niczym nie zaskoczy. Wiem, co mówię. W końcu mam na koncie dwóch mężów i jedne zerwane zaręczyny. Ty się trzymaj swojego Mateusza, jaki by tam nie był.

– Nie wiem tylko, dlaczego mówisz mi to akurat teraz! – wybucha Natalia.

– Co takiego ci mówię? – dziwi się pani Witkowska.

– No o Mateuszu. I o Robercie. Przecież to taka stara historia.

– Zlituj się, dziewczyno. Niczego ci nie sugeruję. Wiem, że Robert od dawna nic cię nie obchodzi. Tyle że z tobą to on pewnie byłby szczęśliwszy, bo urodziłaś dzieci. A Basia? Sama dobrze wiesz, że lubiła latać za chłopakami i jeszcze na studiach miała dwie skrobanki.

– Żałuję, że ci o tym powiedziałam.

– Ale dlaczego? Strasznie jesteś dzisiaj rozdrażniona. Chodź, Sebastian, babcia się z tobą pobawi nowymi klockami, a mamusia skończy gotować obiadek.

Starsza pani wychodzi z kuchni urażona. Natalia z pasją szatkuje kapustę pekińską.

*

Mam chusteczkę haftowaną,

co ma cztery rogi.

Kogo kocham, kogo lubię,

rzucę mu pod nogi.

Tej nie kocham, tej nie lubię,

tej nie pocałuję,

a chusteczkę haftowaną

tobie podaruję...

Chłopiec z usmarkanym nosem i poobijanymi kolanami staje, a potem klęka na rozpostartej brudnej chusteczce tuż przed Natalią. Jego niebieskie oczy patrzą przenikliwie. Otwiera usta. Ma czarne, popsute zęby.

Natalia budzi się gwałtownie. Budzi się też Mateusz.

– Co się stało?

– Nic. Miałam głupi sen.

– Głupi? – Mateusz śmieje się cicho. – To może mi go opowiesz? – Jego ręka dotyka ramienia Natalii, błądzi po jej ciele, pieści piersi przez materiał.

„O nie, tylko nie to”.

– Niedobrze mi. – Natalia zrywa się z łóżka i biegnie do łazienki. Mateusz nie idzie za nią, o nic nie pyta. Nie chce mu się. Zasypia.

*

Dzień Dziecka w rodzinie Skowrońskich zawsze jest obchodzony bardzo uroczyście. Dzieci każdego roku żartują, że mama rewanżuje im się za wcześniejszy Dzień Matki. Tego roku podarowały mamie wielki bukiet czerwonych róż (w koszcie którego prawdopodobnie partycypował tata) oraz pudełko waniliowego ptasiego mleczka (licząc, że zaraz je otworzy i ich poczęstuje, w czym się nie pomyliły), a mały wykonał piękny rysunek kolejki z dymiącym kominem i wagonami, który Julia oprawiła w antyramę.

Natalia przygotowała świąteczną ucztę. Kurczaki z rożna, górę frytek, kalafior z masłem i tartą bułką, a na deser rożki, lody z bitą śmietaną, czekoladą i truskawkami. Do tego wszystkiego mnóstwo coca-coli.

Mateusz też pamiętał o święcie najważniejszych domowników. Wszystkim doładował komórki, a Sebie kupił traktor z przyczepą. Po obfitym posiłku pojechali do Dynamixu, aby poszaleć na roll arenie i w kręgielni.

*

Nell. Tak ją nazywa przez telefon. Dlaczego wciąż dzwoni? Ona do niego wcale. Co sprawia, że stał się jej tak bliski? Że czeka na wiadomości od niego i na te częste telefony? Jakby znała go od dawna...

Nie patrzy już córce prosto w oczy. Boi się, że Julia znalazłaby w jej spojrzeniu coś bezwstydnego. Sama nie wie co. Ściska ją w dołku, gdy słyszy sygnał komórki. Myśli o rozmowach z nim od samego rana, zanim otworzy oczy. I prawie nie siada do komputera. Po co? Telefon wystarcza. Jest jej tajemnicą...

*

– Pójdziesz ze mną?

Natalia szykuje się na zebranie organizacyjne w szkole. Dla rodziców dzieci, które we wrześniu pójdą do zerówki. Sebastian chętnie przystaje na jej propozycję. Jest taki przejęty.

– Kupisz mi podręczniki?

– Po to tam idę.

– I zeszyty?

– To w sklepie.

– I piórnik?

– Później, kochanie. Dzisiaj tylko książki.

– Ale będzie mi potrzebny.

– Dopiero we wrześniu, jak zacznie się rok szkolny.

– I będę siedział w ławce?

– Tak, z jakimś miłym kolegą albo sympatyczną koleżanką.

– Ale mogę ryczeć, jak mnie samego zostawisz?

– Zobaczysz, że inne dzieci nie płaczą, i też przestaniesz.

W klasie siedzą już mamy i tatusiowie, nawet babcie. Natalia zastanawia się, czy i ona nie wygląda już na babcię. Urodziła Sebka w wieku trzydziestu pięciu lat, dla niej to był „ostatni dzwonek” i duże ryzyko. Nigdy nie należała do zwolenniczek późnych ciąż, poza tym nie robiła kariery, tylko zajmowała się domem. Zawsze sądziła, że oboje z Mateuszem są nowocześni, a jednak w stosowaniu środków antykoncepcyjnych zachowali typowo polską wstrzemięźliwość, która z planowaniem rodziny nie miała nic wspólnego.

Nie wiedziała, czy ubrać się stosownie do wieku, czyli klasycznie, czy odmładzająco, niebanalnie. Na odstawianie „młodzieżówki” nie miała odwagi. Wybrała opcję pośrednią. Bezpieczną. Kostium z dżinsu, do niego granatowa bluzka, szpilki. Czarna torebka na ramię.

Jeden z tatusiów chętnie by się do niej przysiadł, ale miejsce obok zajmuje Sebek, który rozglądał się po klasie za kolegami. Żaden nie przyszedł na zebranie, prócz jakiejś dziewczynki, wtulonej cały czas w mamę.

– Byłoby miło, ale mam towarzystwo. – Natalia uśmiecha się przepraszająco.

– Szkoda, lepiej nie narażać się obstawie. Wie pani, żona miała tu być. W ostatniej chwili musiała zostać dłużej w pracy i wkręciła mnie. Nie mam pojęcia, jak się zachować.

– Wszystkiego się dowiemy, kiedy przyjdzie nauczycielka. To pana pierwsze dziecko?

– Jedyne. Córa. Oczko w głowie.

– Rozumiem.

– Boimy się, jak będzie we wrześniu, bo dotąd siedziała w domu z babcią. A ty chcesz się tu uczyć? – zwraca się do Sebastiana.

– Jasne! Dosyć mam siedzenia w domu z mamą i tymi głupimi chłopakami. Zresztą oni też chodzą do szkoły, a mnie tylko wyśmiewali.

Natalia wyjaśnia ten strumień elokwencji: