Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Kapelusz cały w czereśniach - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
12 października 2022
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
49,90

Kapelusz cały w czereśniach - ebook

Sto lat rodu Fallacich – dzieje miłości, zdrady, namiętności, narodzin i śmierci. Wielka saga, wydane pośmiertnie opus magnum charyzmatycznej dziennikarki. Międzynarodowy bestseller.

Porywająca historia dumnych i niespokojnych przodków Oriany Fallaci – hardej chłopki Cateriny i jej męża, utracjusza Carla; mściwego żeglarza Francesca; poległego w powstaniu krakowskim Stanisława; Antonia, który chciał być księdzem, a trafił przed ślubny ołtarz; rzeźbiarza Giobatty; nieprawej córki hiszpańskiego granda; młodziutkiej baletnicy, na którą za oceanem czekał dom publiczny… Niepiśmiennych chłopów, artystów, buntowników, uciekinierów, bohaterów i tchórzy.

Napisana z epickim rozmachem (850 stron!) i niespotykaną dbałością o szczegóły wielopokoleniowa saga, znakomicie udokumentowana powieść historyczna, dzieło barwne i zaskakujące, jest też literackim hołdem dla Włoch i rodzinnej Florencji.

Kategoria: Proza
Język: Inny
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-08-07797-9
Rozmiar pliku: 3,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Kie­dy oto przy­szło­ść sta­ła się krót­ka i prze­la­ty­wa­ła mi przez pal­ce nie­uchron­nie jak prze­sy­pu­jący się w klep­sy­drze pia­sek, często zda­rza­ło mi się roz­my­ślać o mo­jej prze­szło­ści — szu­kać w niej od­po­wie­dzi, z któ­ry­mi wy­pa­da­ło­by umrzeć. Dla­cze­go się uro­dzi­łam, dla­cze­go ży­łam, kto lub co uło­ży­ło mo­zai­kę po­sta­ci, któ­ra od za­mierz­chłych lat była moim Ja. Do­brze wie­dzia­łam, rzecz ja­sna, że py­ta­nie dla­cze­go-się-uro­dzi­łem za­da­wa­ły już so­bie, i to na pró­żno, mi­liar­dy ludz­kich ist­nień, że od­po­wie­dź na nie jest częścią ta­jem­ni­cy, któ­ra na­zy­wa się Ży­ciem. I je­śli chcia­ła­bym udać, że ją zna­la­złam, to mu­sia­ła­bym od­wo­łać się do idei Boga. Tego wy­bie­gu ni­g­dy nie ro­zu­mia­łam i nie sto­so­wa­łam. Nie­mniej jed­nak wie­dzia­łam, że inne od­po­wie­dzi kry­ją się w pa­mi­ęci tego, co było, w zda­rze­niach oraz stwo­rze­niach, któ­re to­wa­rzy­szy­ły cy­klo­wi wy­cho­wa­nia, a więc od­ko­py­wa­łam je w ob­se­syj­nej pod­ró­ży wstecz — od­grze­by­wa­łam dźwi­ęki i ob­ra­zy mo­jej wcze­snej mło­do­ści, mo­je­go dzie­ci­ństwa, mo­je­go przy­jścia na świat. Wcze­snej mło­do­ści, z któ­rej pa­mi­ęta­łam wszyst­ko: woj­nę, strach, głód, roz­pacz, dumę z tego, że u boku do­ro­słych wal­czy­łam z wro­giem, nie­za­bli­źnio­ne rany, któ­re z niej wy­nio­słam. Dzie­ci­ństwa, z któ­re­go za­pa­mi­ęta­łam wie­le: chwi­le mil­cze­nia, prze­sad­ną dys­cy­pli­nę, utra­ty, pe­ry­pe­tie ro­dzi­ny nie­ule­głej i ak­tyw­nej w wal­ce z ty­ra­nem, a więc i brak we­so­ło­ści oraz nie­do­sta­tek lek­ko­my­śl­no­ści. Przy­jścia na świat, z któ­re­go zda­wa­ło mi się, że pa­mi­ęta­łam ka­żdy szcze­gół: ośle­pia­jące świa­tło, któ­re znie­nac­ka wy­pa­rło ciem­no­ść, trud od­dy­cha­nia na ze­wnątrz, za­sko­cze­nie, że nie je­stem już sama w moim wor­ku z wodą, lecz dzie­lę prze­strzeń z nie­zna­nym tłu­mem. Była też zna­cząca przy­go­da chrztu u stóp fre­sku, na któ­rym nagi mężczy­zna i naga ko­bie­ta z gry­ma­sem bólu na twa­rzy opusz­cza­ją pi­ęk­ny ogród pe­łen ja­błek — to wy­gna­nie Ada­ma i Ewy z raju, na­ma­lo­wa­ne przez Ma­sac­cia w ko­ście­le San­ta Ma­ria del Car­mi­ne we Flo­ren­cji. Od­grze­by­wa­łam tak samo dźwi­ęki i ob­ra­zy mo­ich ro­dzi­ców, od lat po­cho­wa­nych pod won­ną ra­ba­tą róż. Spo­ty­ka­łam ich wszędzie. Nie jako star­ców, gdy wi­dzia­łam w nich nie ro­dzi­ców, lecz dzie­ci, i to do tego stop­nia, że kie­dy dźwi­ga­łam ojca, by go po­sa­dzić w fo­te­lu, kie­dy czu­łam, że jest tak lek­ki, skur­czo­ny i bez­bron­ny, i pa­trzy­łam na kru­chą głów­kę bez wło­sów, któ­rą uf­nie wtu­lał mi w szy­ję, mia­łam wra­że­nie, że trzy­mam w ra­mio­nach moje osiem­dzie­si­ęcio­let­nie dziec­ko. Spo­ty­ka­łam ich jako lu­dzi mło­dych. Kie­dy to oni mnie pod­no­si­li i trzy­ma­li na rękach. Sil­nych, pi­ęk­nych, od­wa­żnych. I przez ja­kiś czas wy­da­wa­ło mi się, że mam w ręku klucz, któ­ry otwo­rzy mi ka­żde drzwi. Lecz po­tem zo­rien­to­wa­łam się, że otwie­ra tyl­ko nie­któ­re, że ani wspo­mnie­nie wcze­snej mło­do­ści, ani dzie­ci­ństwa, ani przy­jścia na świat, ani pa­mi­ęć spo­tka­nia z dwoj­giem mło­dych lu­dzi, sil­nych, pi­ęk­nych i od­wa­żnych, nie mo­gły przy­nie­ść wszyst­kich od­po­wie­dzi, któ­rych po­trze­bo­wa­łam. Prze­kra­cza­jąc gra­ni­ce tej prze­szło­ści, wy­ru­szy­łam na po­szu­ki­wa­nie zda­rzeń i stwo­rzeń, któ­re ją po­prze­dzi­ły, i czu­łam się tak jak wte­dy, gdy otwie­rasz szka­tu­łkę, któ­ra za­wie­ra inną szka­tu­łkę, w któ­rej tkwi ko­lej­na szka­tu­łka, i tak w nie­sko­ńczo­no­ść. I pod­ró­żu­jąc wstecz, stra­ci­łam wszel­kie ha­mul­ce.

Trud­na to pod­róż, sko­ro było za pó­źno, by za­da­wać py­ta­nia tym, któ­rym nie sta­wia­łam ich ni­g­dy. Już nie było ni­ko­go. Po­zo­sta­ła tyl­ko dzie­wi­ęćdzie­si­ęciocz­te­ro­let­nia cio­cia, któ­ra na moje po­wiedz-cio­ciu-po­wiedz le­d­wie po­ru­szy­ła za­mglo­ny­mi źre­ni­ca­mi i wy­mam­ro­ta­ła: „Kto to? Li­sto­nosz?”. Prócz bez­u­ży­tecz­nej już ciot­ki po­zo­stał żal za utra­tą skrzy­ni z szes­na­ste­go wie­ku, któ­ra przez pra­wie dwa wie­ki strze­gła pa­mi­ątek pi­ęciu po­ko­leń: sta­rych ksi­ąg, a wśród nich osiem­na­sto­wiecz­ne­go pod­ręcz­ni­ka do ra­chun­ków i ele­men­ta­rza, cen­nych do­ku­men­tów, z li­stem przod­ka, któ­re­go do swo­jej ar­mii wcie­lił Na­po­le­on i któ­ry zgi­nął w Ro­sji, war­to­ścio­wych cy­me­liów, po­szwy dum­nie wy­ha­fto­wa­nej pew­ną zna­czącą fra­zą, pary oku­la­rów Fi­lip­pa Maz­ze­ie­go i de­dy­ko­wa­ne­go jego ręką eg­zem­pla­rza dzie­ła Ce­sa­re Bec­ca­rii. Rze­czy, któ­re uda­ło mi się zo­ba­czyć, nim ob­ró­ci­ły się w po­piół pew­nej strasz­nej nocy 1944 roku. Cu­dem oca­la­ło kil­ka przed­mio­tów: lut­nia bez strun, gli­nia­na faj­ka, czte­ro­sol­do­wa mo­ne­ta wy­bi­ta przez Pa­ństwo Ko­ściel­ne, sta­ry ze­gar, któ­ry był w moim domu na wsi i co kwa­drans wy­bi­jał ude­rze­nia dzwo­nu west­min­ster­skie­go. Po­zo­sta­ły też dwa gło­sy. Głos mo­je­go ojca i głos mo­jej mat­ki, któ­rzy opo­wia­da­li dzie­je swo­ich przod­ków. Roz­ba­wio­ny i iro­nicz­ny głos jego, za­wsze go­to­we­go ob­ró­cić w śmiech na­wet tra­ge­dię. Na­mi­ęt­ny i prze­po­jo­ny wspó­łczu­ciem głos jej, za­wsze go­to­wej wzru­szyć się na­wet ko­me­dią. Oby­dwa tak od­le­głe w pa­mi­ęci, że zda­wa­ły się cie­ńsze od pa­jęczej nici. A prze­cież od ci­ągłe­go ich przy­wo­ły­wa­nia, od wi­ąza­nia tych gło­sów z nie­odża­ło­wa­ną skrzy­nią i z tymi nie­licz­ny­mi oca­la­ły­mi przed­mio­ta­mi, pa­jęcza nić się wzmoc­ni­ła. Zgęst­nia­ła, sta­ła się moc­nym włók­nem, i opo­wie­ści roz­ra­sta­ły się z taką ener­gią, że w pew­nej chwi­li nie po­tra­fi­łam już usta­lić, czy na­le­ża­ły jesz­cze do tych dwóch gło­sów, czy prze­kszta­łci­ły się w owoc mo­jej wy­obra­źni. Czy na­praw­dę ist­nia­ła le­gen­dar­na sie­ne­ńska pra­bab­ka, któ­ra od­wa­ży­ła się za­ata­ko­wać Na­po­le­ona? Czy na­praw­dę ist­nia­ła ta­jem­ni­cza pra­bab­ka hisz­pa­ńska, któ­ra po­szła do ślu­bu z umo­co­wa­nym na pe­ru­ce ża­glow­cem wy­so­kim na czter­dzie­ści, a sze­ro­kim na trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów? Czy na­praw­dę ist­niał ten nie­zwy­kły pra­dziad, któ­ry był rol­ni­kiem, a w chwi­lach re­li­gij­nych unie­sień nie co­fał się przed sa­mo­bi­czo­wa­niem; czy ist­niał na­praw­dę opry­skli­wy przo­dek ma­ry­narz, któ­ry otwie­rał usta tyl­ko po to, by blu­źnić? Czy na­praw­dę ist­nie­li przod­ko­wie wy­klęci, jak re­pu­bli­kan­ka Ana­sta­sia, któ­rej imię sta­ło się moim dru­gim imie­niem? Lub ul­tra­ary­sto­kra­ta z Tu­ry­nu, któ­re­go imie­nia, na­zbyt świet­ne­go i po­tężne­go, na roz­kaz bab­ci nie na­le­ża­ło na­wet wy­po­wia­dać? I czy na­praw­dę tę bied­ną bab­cię, zro­dzo­ną z ich gwa­łtow­nej na­mi­ęt­no­ści, od­da­li do sie­ro­ci­ńca? Tego już nie wie­dzia­łam. Lecz rów­no­cze­śnie by­łam pew­na, że te po­sta­ci nie mo­gły być tyl­ko two­rem mo­jej wy­obra­źni, po­nie­waż czu­łam, że są we mnie, za­gęsz­czo­ne w mo­zai­kę osób, któ­re od za­mierz­chłych lat two­rzy­ły moje Ja, prze­nie­sio­ne przez chro­mo­so­my otrzy­ma­ne od dwoj­ga mło­dych lu­dzi, pi­ęk­nych i od­wa­żnych. Czyż cząst­ki na­sie­nia nie są to­żsa­me z cząstecz­ka­mi, z któ­rych ono po­cho­dzi? Czyż nie po­wta­rza­ją się, prze­cho­dząc z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie? Czyż na­ro­dzi­ny nie są wiecz­nym od­na­wia­niem, a ka­żdy z nas czyż nie jest owo­cem pro­gra­mu usta­lo­ne­go przed na­szym po­cząt­kiem, dziec­kiem mi­liar­dów ro­dzi­ców?

Na­stąpi­ła eks­plo­zja ko­lej­nych do­cie­kań: dat, miejsc, do­wo­dów. Po­szu­ki­wa­nia go­rącz­ko­we, ner­wo­we — bo przy­szło­ść prze­la­ty­wa­ła przez pal­ce, bo wy­mu­szo­ny po­śpiech, lęk, że nie uko­ńczę pra­cy. Jak osza­la­ła w pędzie mrów­ka gro­ma­dząca po­karm prze­trząsa­łam ar­chi­wa, ksi­ęgi me­try­kal­ne, spi­sy ka­ta­stral­ne, wy­ka­zy dóbr, wszyst­kie mo­żli­we _Sta­ti Ani­ma­rum_. Re­je­stry Dusz. Spi­sy, gdzie w for­mie re­je­stru wier­nych, zo­bo­wi­ąza­nych do prze­strze­ga­nia wiel­ko­post­nych za­le­ceń, pro­boszcz wy­mie­niał miesz­ka­ńców ka­żdej pa­ra­fii i prze­ora­tu, dzie­ląc ich na ro­dzi­ny i za­pi­su­jąc to, co słu­ży­ło do ich iden­ty­fi­ka­cji. Rok albo do­kład­ną datę na­ro­dzin i chrztu, ślu­bu i zgo­nu, ka­te­go­rię pra­cy i do­chód, stan po­sia­da­nia lub nędzy, po­ziom wy­kszta­łce­nia lub anal­fa­be­tyzm. Ot, spis lud­no­ści w pry­mi­tyw­nej for­mie. Spo­rządzo­ny to po ła­ci­nie, to znów po wło­sku, gęsim pió­rem i brązo­wym atra­men­tem. Atra­men­tem, osu­sza­nym lśni­ącym, sre­brzy­stym pia­skiem, któ­re­go czas nie wy­kru­szył, a któ­ry wręcz przy­wa­rł do słów, na­da­jąc im po­łysk — zdjęcie pal­cem cho­ćby jed­ne­go na­wet ziarn­ka było jak kra­dzież źdźbła świa­tła, będące­go źdźbłem praw­dy. I cóż po­ra­dzić, je­śli w nie­któ­rych pa­ra­fiach i prze­ora­tach re­je­stry były zżar­te przez szczu­ry, znisz­czo­ne wsku­tek nie­chluj­stwa albo oka­le­czo­ne przez bar­ba­rzy­ńców, któ­rzy wy­ry­wa­ją kart­ki, by sprze­da­wać je an­ty­kwa­riu­szom? Cóż po­ra­dzić, je­śli przez to nie od­na­la­złam wcze­śniej­szych przod­ków? Cho­ćby tych, któ­rzy, we­dług do­ku­men­tu ze spa­lo­nej skrzy­ni, w 1348 roku opu­ści­li Flo­ren­cję, żeby zbiec przed za­ra­zą — to o niej Boc­cac­cio opo­wia­da w _De­ka­me­ro­nie_ — i schro­nić się w Chian­ti. Ist­nie­li jed­nak ci, o któ­rych mó­wi­ły mi gło­sy ro­dzi­ców, i tych od­szu­ka­łam co do jed­ne­go. Ich po­tom­ków rów­nież. W przy­pad­ku wnu­ków i pra­wnu­ków od­kry­łam szcze­gó­ły, o któ­rych gło­sy na­wet mi nie wspo­mnia­ły, isto­ty, z któ­ry­mi mo­głam się uto­żsa­mić do bólu, któ­rych ka­żdy gest i ka­żdą myśl, ka­żdą za­le­tę i ka­żdą wadę, ka­żde ma­rze­nie i ka­żdą przy­go­dę mo­głam od­two­rzyć. Aż po­szu­ki­wa­nia prze­kszta­łci­ły się w sagę do na­pi­sa­nia, w baśń do od­two­rze­nia w wy­obra­źni. Tak, to wte­dy rze­czy­wi­sto­ść za­częła osu­wać się w sfe­rę fan­ta­zji, praw­da sto­pi­ła się ze świa­tem, któ­re­go się do­my­śla­łam, a po­tem któ­ry wy­my­śli­łam — jed­no uzu­pe­łnia­ło dru­gie, w sym­bio­zie rów­nie spon­ta­nicz­nej, co nie­ro­ze­rwal­nej. I wszy­scy ci dziad­ko­wie, bab­cie, pra­dziad­ko­wie, pra­bab­cie, pra­pra­dziad­ko­wie, pra­pra­bab­cie, pra­sz­czu­ry i pra­sz­czu­rzy­ce, krót­ko mó­wi­ąc — wszy­scy ci moi ro­dzi­ce sta­li się mo­imi dzie­ćmi. Po­nie­waż tym ra­zem to ja ich uro­dzi­łam, da­łam, a ra­czej przy­wró­ci­łam im ży­cie, któ­re wcze­śniej od nich do­sta­łam.

***

Saga do na­pi­sa­nia, baśń, któ­rą mam od­two­rzyć w wy­obra­źni, za­czy­na się po­nad dwa wie­ki temu — w la­tach, któ­re to­ru­ją dro­gę re­wo­lu­cji fran­cu­skiej i po­prze­dza­ją re­wo­lu­cję ame­ry­ka­ńską, czy­li woj­nę o nie­pod­le­gło­ść roz­pęta­ną prze­ciw An­glii przez trzy­na­ście ko­lo­nii po­wsta­łych w No­wym Świe­cie w la­tach 1607–1733. Bie­rze ona po­czątek w Pan­za­no, wio­sce po­ło­żo­nej na wprost domu, w któ­rym za­mie­rzam umrzeć, a na któ­rą wcze­śniej — nim jak osza­la­ła mrów­ka pod­jęłam swo­je po­szu­ki­wa­nia — pa­trzy­łam, nie wie­dząc, jak bar­dzo do niej na­le­żę. Roz­po­czy­na­jąc tę opo­wie­ść, czu­ję się w obo­wi­ąz­ku po­dać kil­ka szcze­gó­łów z my­ślą o tych, któ­rzy nie zna­ją tego cza­su i miej­sca.

Pan­za­no leży na jed­nym ze wzgórz Chian­ti, w pół dro­gi po­mi­ędzy Sie­ną a Flo­ren­cją. Chian­ti jest częścią To­ska­nii, któ­ra roz­po­ście­ra się mi­ędzy rze­ka­mi Gre­ve a Pesą — trzy­sta ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych gór i wzgórz nie­zwy­kłej uro­dy. Góry są po­ro­śni­ęte wiecz­nie zie­lo­ną ma­kią, kasz­ta­now­ca­mi, ró­żny­mi ga­tun­ka­mi dębów, so­sna­mi, cy­pry­sa­mi, krza­ka­mi je­żyn i pa­pro­ci. Dają schro­nie­nie raj­skiej ró­żno­rod­no­ści zwie­rząt: za­jącom, wie­wiór­kom, li­som, ła­niom, dzi­kom, a ta­kże pta­kom. Ko­som i si­kor­kom, droz­dom i sło­wi­kom, któ­re śpie­wa­ją aniel­ski­mi gło­sa­mi. Wzgó­rza są stro­me, lecz cu­dow­nie har­mo­nij­ne, ob­sa­dzo­ne w du­żej części rzęda­mi win­nic, skąd po­cho­dzi bar­dzo ce­nio­ne wino, i oliw­ny­mi ga­ja­mi, źró­dłem smacz­nej i lek­kiej oli­wy. W prze­szło­ści upra­wia­no tam rów­nież psze­ni­cę, jęcz­mień i żyto, a żni­wa sta­no­wi­ły jed­no z dwóch wy­da­rzeń, we­dług któ­rych od­mie­rza­ło się pory roku. Dru­gim było wi­no­bra­nie. W cza­sie mi­ędzy żni­wa­mi a wi­no­bra­niem kwi­tły iry­sy, pola wy­bu­cha­ły błęki­tem, wy­gląda­ły z da­le­ka jak mo­rze, któ­re pi­ętrzy się i opa­da ogrom­ny­mi, za­sty­gły­mi fa­la­mi. Po wi­no­bra­niu roz­kwi­ta­ły ja­now­ce, kon­tu­ry pól po­ra­sta­ły żó­łte ży­wo­pło­ty, a fio­let wrzo­sów i czer­wień ja­gód spra­wia­ły, że ka­żde ta­kie ogro­dze­nie było jak pło­mień. W miej­scach, któ­re mia­ły naj­wi­ęcej szczęścia, ta­kie sce­ne­rie do dziś cie­szą oczy, po­dob­nie jak krwi­ste i fio­łko­we za­cho­dy — wci­ąż za­pie­ra­jące dech w pier­siach. Dwa wie­ki temu Pan­za­no li­czy­ło dwu­stu pi­ęćdzie­si­ęciu miesz­ka­ńców, wśród nich zie­la­rza, wo­za­ka, ku­rie­ra, swat­kę, fel­cze­ra, któ­ry kro­wom po­ma­gał ro­dzić, a lu­dziom umie­rać; prócz tych pi­ęcior­ga resz­ta to rol­ni­cy. Na­jem­ni­cy i osad­ni­cy, któ­rzy upra­wia­li po­sia­dło­ści wiel­kie­go ksi­ęcia, wła­ści­cie­li ziem­skich lub in­sty­tu­cji ko­ściel­nych. Ich ma­rze­niem było po­sia­dać wła­sny ka­wa­łek zie­mi. Czy­li wzi­ąć pole w wie­czy­stą dzie­rża­wę i uwol­nić się od pana. Bo pan był za­zwy­czaj de­spo­tą, do któ­re­go na­le­ża­ła ka­żda ich chwi­la, bez jego po­zwo­le­nia nie mo­gli na­wet wy­pa­lić do ba­żan­ta ani wzi­ąć ślu­bu. Ich du­sza za to na­le­ża­ła do ksi­ędza. A ksi­ęży w Pan­za­no było dwóch: sta­ry don An­to­nio Fab­bri i mło­dy don Pie­tro Luz­zi. Pierw­szy w prze­ora­cie Wnie­bo­wzi­ęcia Najświ­ęt­szej Ma­rii Pan­ny, w sa­mym środ­ku wio­ski, dru­gi w pa­ra­fii San Le­oli­no, przy dro­dze do Sie­ny. Kręci­ło się tam po­nad­to mnó­stwo za­kon­ni­ków, za­prząt­ni­ętych pil­no­wa­niem lub po­szu­ki­wa­niem adep­tów do na­der su­ro­we­go za­ko­nu fran­cisz­ka­ńskich ter­cja­rzy, i wszędzie, jak okiem si­ęgnąć, sta­ły ora­to­ria, ka­pli­ce, ołta­rze. Wo­kół nich snu­ły się nud­ne pro­ce­sje, któ­re obok mszy i nie­szpo­rów były naj­wi­ęk­szą roz­ryw­ką dla rol­ni­ków. Krót­ko mó­wi­ąc, po­mi­mo wia­ry w ro­zum i po­stęp, gło­szo­nej przez oświe­ce­nie, po­mi­mo ha­seł wol­no­ści i rów­no­ści, któ­re sta­wa­ły się co­raz mod­niej­sze, po­mi­mo nie­re­li­gij­nych za­sad i epi­ku­rej­skich oby­cza­jów epo­ki, w Chian­ti, na szczy­cie tego wzgó­rza, rządził bez­li­to­śnie Ko­ściół — naj­wy­ższy ma­je­stat i naj­wi­ęk­szy ty­ran.

Do mia­sta, geo­gra­ficz­nie nie tak od­le­głe­go, było jed­nak da­le­ko. Bo­ga­ci uda­wa­li się tam kon­no lub ka­re­tą, mniej za­mo­żni brycz­ką, bied­ni wo­zem, a nędza­rze pie­szo. I tak wi­ęk­szo­ść umie­ra­ła, ni­g­dy nie zo­ba­czyw­szy Flo­ren­cji, od­da­lo­nej od Pan­za­no za­le­d­wie o dwa­dzie­ścia mil, czy Sie­ny, od­le­głej o dzie­wi­ęt­na­ście. Dro­gi były wąskie i nie­rów­ne, wy­star­czył byle deszcz, by sta­ły się nie­prze­jezd­ne, i zimą, przez ty­go­dnie albo mie­si­ące, wio­ska często była od­ci­ęta od świa­ta. Co in­ne­go domy — pra­wie za­wsze ład­ne, po­nie­waż w kró­lew­skich fol­war­kach wiel­ki ksi­ążę po­le­cił bu­do­wać je we­dług pe­łnych wdzi­ęku ar­chi­tek­to­nicz­nych pro­jek­tów. Ład­ne gan­ki, ład­ne wie­życz­ki i ład­ne pie­ce do pie­cze­nia chle­ba. Ale były tam rów­nież obo­ry, chle­wy, owczar­nie, kur­ni­ki, z któ­rych do­cho­dził wiel­ki smród, po­zba­wio­ne wody, ina­czej niż domy w mie­ście. Na wsi wodę czer­pa­no ze źró­dła, no­szo­no wia­dra­mi i na­le­wa­no do gąsio­rów albo mie­dzia­nych dzba­nów na­zy­wa­nych _mez­zi­ne_. Kąpa­no się rzad­ko, po­wiedz­my raz na mie­si­ąc, może tyl­ko raz w roku, la­try­na zaś — któ­rą naj­częściej był po­jem­nik lub de­ska z dziu­rą i kla­pą — była luk­su­sem. Za luk­sus uwa­ża­no rów­nież oświe­tla­nie po­miesz­czeń. Lam­py oliw­ne były dro­gie, więc o zmro­ku szło się spać, cza­sem za­pa­la­ło się świe­cę. Wsta­wa­no wcze­śnie. La­tem o czwar­tej, żeby od razu pędzić do ro­bo­ty w polu. W Pan­za­no dużo się pra­co­wa­ło. Śred­nio pi­ęt­na­ście go­dzin na dobę. I, nie li­cząc roz­ry­wek typu msza, nie­szpo­ry czy pro­ce­sje, wy­tchnie­nie da­wa­ły wie­czor­ni­ce. Czy­li wie­czor­ne ze­bra­nia, od­by­wa­jące się w nie­dzie­le w obo­rze lub w kuch­ni, w trak­cie któ­rych opo­wia­da­no so­bie o cza­row­ni­cach i dia­błach, wró­żkach i du­chach. „Świa­to­wą” na­to­miast roz­ryw­ką był co­ty­go­dnio­wy targ lub se­zo­no­wy jar­mark w po­bli­skich wio­skach — Gre­ve i Rad­dzie. Je­dy­ną praw­dzi­wą po­cie­chą — mi­ło­ść do­pusz­czo­na przez Ko­ściół, czy­li ma­łże­ńska. (Co nie wy­klu­cza­ło na­mi­ęt­nych obści­ski­wań w sto­do­łach i nie­chcia­nych ciąż, za któ­re pła­ci­ło się ślu­bem). Co jesz­cze? Cóż, dzie­ci zwra­ca­ły się do ro­dzi­ców per wy, na znak sza­cun­ku. Rów­nież mężo­wie i żony wy­ra­ża­li w ten spo­sób wza­jem­ne po­wa­ża­nie. A ko­bie­ty li­czy­ły się mało. Nie mia­ły pra­wa dzie­dzi­cze­nia; żeby wy­jść za mąż, po­trze­bo­wa­ły po­sa­gu i wy­pra­wy, a kie­dy tych bra­ko­wa­ło, często ko­ńczy­ły w klasz­to­rze. Pra­co­wa­ły mo­ty­ką i ło­pa­tą jak mężczy­źni. Szpi­ta­li na wsi nie było. Choć w Rad­dzie był le­karz re­jo­no­wy, to w Pan­za­no trze­ba było za­do­wo­lić się fel­cze­rem, któ­ry po­ma­gał kro­wom ro­dzić, a lu­dziom umie­rać. Tak więc na tam­ten świat mo­żna się było wy­pra­wić przez zwy­kłe ska­le­cze­nie lub ka­szel. Nie uświad­czy­łeś też cmen­ta­rzy. Zma­rłych cho­wa­no pod podło­gą ko­ścio­ła pa­ra­fial­ne­go pod we­zwa­niem San Le­oli­no lub w prze­ora­cie Wnie­bo­wzi­ęcia Najświ­ęt­szej Ma­rii Pan­ny — tro­chę wap­na i po kło­po­cie. O szko­le w ogó­le nie ma co mó­wić. Je­śli umia­łeś prze­czy­tać ksi­ążkę, uło­żyć list, coś po­li­czyć, to wy­łącz­nie dla­te­go, że na­uczył cię ksi­ądz. Don Fab­bri nie miał na to ocho­ty, don Luz­zi ro­bił to tyl­ko w wy­jąt­ko­wych przy­pad­kach, więc wśród oko­licz­nych chło­pów anal­fa­be­tyzm si­ęgał osiem­dzie­si­ęciu sied­miu pro­cent.

A jed­nak to wzgó­rze w pół dro­gi po­mi­ędzy Flo­ren­cją a Sie­ną przez wszyst­kich było uwa­ża­ne za miej­sce bło­go­sła­wio­ne przez Boga. Chian­ti było jed­nym z ob­sza­rów, na któ­re pa­trzo­no w Eu­ro­pie za­rów­no z naj­wi­ęk­szym po­dzi­wem, jak i za­wi­ścią. Jego sła­wa si­ęga­ła aż po Wir­gi­nię — pierw­szą z trzy­na­stu ko­lo­nii, któ­re szy­ko­wa­ły się do an­ty­an­giel­skiej re­wol­ty.

To tłu­ma­czy, dla­cze­go saga do na­pi­sa­nia, baśń do od­two­rze­nia w wy­obra­źni przy­wo­łu­je na swo­im po­cząt­ku trzy po­sta­ci — nie łączy mnie z nimi wpraw­dzie żad­ne po­kre­wie­ństwo, ale mia­ły zwi­ązek z moim przy­jściem na świat — Tho­ma­sa Jef­fer­so­na, głów­ne­go twór­cę De­kla­ra­cji nie­pod­le­gło­ści Sta­nów Zjed­no­czo­nych i trze­cie­go pre­zy­den­ta USA, któ­ry miesz­kał w Wir­gi­nii i po­sia­da­jąc licz­ne zie­mie, od­da­wał się ich upra­wie z en­tu­zja­zmem agro­no­ma; Ben­ja­mi­na Fran­kli­na, ge­nial­ne­go uczo­ne­go, pi­sa­rza i po­li­ty­ka ko­lo­nii na­zy­wa­nej Pen­syl­wa­nią, któ­ry wy­na­la­zł mi­ędzy in­ny­mi pio­ru­no­chron i piec spa­li­no­wy; a ta­kże flo­rent­czy­ka Fi­lip­pa Maz­ze­ie­go — le­ka­rza, kup­ca, pa­mi­ęt­ni­ka­rza, eks­per­ta rol­ne­go, wy­jąt­ko­we­go awan­tur­ni­ka, po­nad­to przy­ja­cie­la dwóch wy­mie­nio­nych po­wy­żej. Ich udział w mo­jej hi­sto­rii skła­nia do re­flek­sji nad tym, jak ko­micz­ny jest los i jak nie­sto­sow­nie jest trak­to­wać go na­zbyt po­wa­żnie.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: