Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • promocja

Lista śmierci - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
11 sierpnia 2021
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Lista śmierci - ebook

Afganistan. Oficer elitarnej formacji Navy SEALs, James Reece, dowodzi operacją prowadzoną pod osłoną nocy. Gdy jego oddział wpada w zasadzkę, Reece jest jednym z dwóch ocalałych. Jako dowódca zostaje obarczony winą za największe niepowodzenie w historii amerykańskich sił specjalnych.

W dniu powrotu do Stanów Zjednoczonych żołnierz, który uczestniczył razem z nim w feralnej operacji, popełnia samobójstwo. Jednak żadna z tych tragedii nie może mierzyć się z tym, co zastanie we własnym domu. Doprowadzony do ostateczności odkrywa, że ma tylko jeden powód, by żyć dalej – zemstę.

Jack Carr – emerytowany oficer Navy SEALs. W ciągu dwudziestu lat spędzonych w jednej z najbardziej elitarnej formacji operacji specjalnych na świecie dowodził w walkach na południowych Filipinach oraz w Iraku i Afganistanie. W książkach korzysta z własnych doświadczeń, emocji i przeżyć. Lista śmierci to pierwszy thriller polityczny z kapitanem Jamesem Reece’em. W przygotowaniu są następne części trylogii.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8143-885-8
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Przed­mowa

To opo­wieść o zemście.

_Lista śmierci_ poka­zuje, co mogłoby się stać, gdyby praw­dziwy dra­pież­nik, wojow­nik u szczytu swo­ich moż­li­wo­ści zna­lazł się w sytu­acji bez wyj­ścia. To powieść o tym, co mogłoby się wyda­rzyć, gdyby normy spo­łeczne i prawne, prze­pisy, moral­ność i etyka ustą­piły przed czło­wie­kiem o nad­zwy­czaj­nych umie­jęt­no­ściach, zahar­to­wa­nym przez wojnę, dążą­cym do wyrów­na­nia krzywd; przed czło­wie­kiem, który pod każ­dym wzglę­dem byłby już mar­twy.

Ze względu na poufny cha­rak­ter infor­ma­cji, do któ­rych mia­łem dostęp pod­czas mojej służby w Navy SEALs, wszystko, co zamie­rzam opu­bli­ko­wać, włącz­nie z fik­cją, muszę przed­sta­wiać Depar­ta­men­towi Obrony. Żeby zadość­uczy­nić temu zobo­wią­za­niu, prze­ka­za­łem maszy­no­pis do Biura Publi­ka­cji i Bez­pie­czeń­stwa Depar­ta­mentu Obrony, gdzie został on „dopusz­czony z popraw­kami”. W trak­cie pisa­nia doło­ży­łem wszel­kich sta­rań, by mieć pew­ność, że żadne tak­tyki, tech­niki ani pro­ce­dury nie zostały ujaw­nione. Ostat­nie, czego chcę, to dać wro­gowi coś, co w jaki­kol­wiek spo­sób mogłoby zapew­nić mu prze­wagę na polu bitwy. Rzą­dowy pro­ces oceny ist­nieje nie bez powodu. Ponie­waż dostą­pi­łem zaszczytu walki za ten wielki naród, a także z powodu infor­ma­cji, do któ­rych mia­łem wcze­śniej dostęp, wciąż jestem zobo­wią­zany przed­sta­wić tekst do oceny. Rzą­dowe poprawki zostały uwzględ­nione zgod­nie ze wska­za­niami i zama­zane na czarno.

Choć jest to fik­cja, w każ­dej sce­nie czer­pię z emo­cji, któ­rych doświad­cza­łem pod­czas praw­dzi­wych wyda­rzeń w ciągu ponad dwu­dzie­stu lat służby. Te emo­cje, połą­czone z cza­sem spę­dzo­nym w walce, dodają auten­tycz­no­ści powie­ści, która – mam nadzieję – będzie pory­wa­ją­cym czy­tel­ni­czym doświad­cze­niem.

I choć czas, który spę­dzi­łem w Navy SEALs, z pew­no­ścią wpły­nął na wybór pro­ta­go­ni­sty, nie jestem Jame­sem Reece’em. Jest bar­dziej uzdol­niony, bystrzej­szy i inte­li­gent­niej­szy, niż ja kie­dy­kol­wiek mógł­bym być. Ale mimo że nim nie jestem, rozu­miem go. James Reece dys­po­nuje doświad­cze­niem, prze­szko­le­niem, umie­jęt­no­ściami oraz deter­mi­na­cją, by wymie­rzyć swoją spra­wie­dli­wość.

To rów­nież książka o kon­troli. Kon­cen­tra­cja wła­dzy na szcze­blu fede­ral­nym pod pozo­rem tro­ski o bez­pie­czeń­stwo publiczne to trend, któ­rego powin­ni­śmy wystrze­gać się za wszelką cenę. Tego rodzaju ogra­ni­cze­nia, nie­ważne, jak stop­niowo wpro­wa­dzane, ozna­czają powolną śmierć wol­no­ści. Dotar­li­śmy do momentu, w któ­rym wła­dza rządu jest tak roz­le­gła, że jego człon­ko­wie mogą w zasa­dzie wziąć na celow­nik, kogo tylko zechcą. Nie­dawne donie­sie­nia, jakoby agen­cje rzą­dowe ata­ko­wały prze­ciw­ni­ków poli­tycz­nych, powinny wzbu­dzić nie­po­kój wszyst­kich Ame­ry­ka­nów, nie­za­leż­nie od tego, z jaką par­tią sym­pa­ty­zują. Rewi­zjo­ni­styczne poglądy na Kon­sty­tu­cję wyzna­wane przez opor­tu­ni­stycz­nych poli­ty­ków i nie­wy­bie­ral­nych sędziów, dążą­cych skry­cie do rein­ter­pre­ta­cji Karty praw, ode­bra­nia wła­dzy ludowi oraz skon­so­li­do­wa­nia jej na szcze­blu fede­ral­nym, zagra­żają samej isto­cie repu­bliki. Patrze­nie rzą­dowi na ręce powinno być zada­niem każ­dego wol­nego czło­wieka. Wol­ność jako war­tość fun­da­men­talna to coś, co odróż­nia nas od reszty świata. Jeste­śmy oby­wa­te­lami, a nie pod­da­nymi, i by nimi pozo­stać, musimy zacho­wać czuj­ność.

_Jack Carr_
_6 sierp­nia 2017_
_Park City, Utah_Pro­log

Nie trzeba było tak­tycz­nego geniu­sza, by wybrać wła­śnie to miej­sce. Ludzie są w więk­szo­ści nie­wol­ni­kami wła­snych przy­zwy­cza­jeń, a nie­któ­rzy pod­cho­dzą do nawy­ków ze szcze­gól­nym nabo­żeń­stwem. Wyglą­dało na to, że księ­gowi prze­strze­gają rutyny nie­mal jak mnisi. Od pierw­szego czerwca do pierw­szego listo­pada każ­dego roku Mar­cus Boy­kin prze­no­sił się do swo­jego domu w Star Val­ley Ranch w górach Wyoming. Dla poten­cjal­nych nabyw­ców nie­ru­cho­mo­ści, czy to z Zachod­niego, czy też ze Wschod­niego Wybrzeża, „Star Val­ley” brzmiało o wiele lepiej niż poprzed­nia nazwa – „Sta­rva­tion Val­ley”, dolina gło­du­ją­cych. Miej­sco­wość poło­żona w wiej­skiej czę­ści zachod­niego Wyoming, zamiesz­ka­nego przez far­me­rów i kow­bo­jów, sta­no­wiła enklawę boga­tych przy­jezd­nych miesz­ka­ją­cych w posia­dło­ściach war­tych miliony dola­rów. Wyma­ni­kiu­ro­wany środ­kowy palec poka­zany cywi­li­za­cji.

W każdy ponie­dzia­łek, środę i pią­tek Boy­kin wsta­wał wcze­śnie i wsia­dał do swo­jego SUV-a, srebr­nego mer­ce­desa G550, żeby doje­chać do odda­lo­nej o osiem­dzie­siąt kilo­me­trów sto­licy hrab­stwa – Jack­son. Ze względu na let­nią popu­la­cję ban­kie­rów i mene­dże­rów fun­du­szy hed­gin­go­wych, która śmiało mogłaby rów­nać się z tą z Hamp­tons, było to jedyne miej­sce w pro­mie­niu godziny lub dwóch jazdy, gdzie Boy­kin mógł zjeść wykwintny posi­łek i napić się wina kosz­tu­ją­cego osiem­set dola­rów za butelkę. W Jack­son sączył latte i czy­tał „Wall Street Jour­nal” w towa­rzy­stwie innych sezo­no­wych miesz­kań­ców z Nowego Jorku, Gre­en­wich, Bostonu czy Los Ange­les. Przez trzy dni w tygo­dniu nawią­zy­wał kon­takty z praw­dzi­wymi ludźmi, zamiast cze­kać nie­cier­pli­wie, aż zna­jomi sko­men­tują kolejny post na Face­bo­oku. Obiady w Ren­de­zvous Bistro były dużo smacz­niej­sze, a roz­mowy znacz­nie bar­dziej sty­mu­lu­jące niż wspa­niały widok roz­cią­ga­jący się z tarasu, na któ­rym zazwy­czaj jadał samot­nie.

Droga numer 89 bie­gnie z pół­nocy na połu­dnie przez oto­czoną stro­mymi wzgó­rzami dolinę, która roz­ciąga się pomię­dzy Wyoming a Idaho. Nawad­niane łąki nie­opo­dal drogi skry­wają się w cie­niu ostrych szczy­tów mają­cych trzy tysiące metrów na wscho­dzie i tro­chę niż­szych na zacho­dzie. Nieco na pół­noc od małego mia­steczka Alpine trasa do Jack­son skręca na wschód wzdłuż Snake River i pro­wa­dzi przez las pań­stwowy Brid­ger-Teton. W tym punk­cie wyszczer­biona linia grzbie­towa gór Teton wznosi się tuż przy szo­sie, jak monu­men­talny sta­tek wyciecz­kowy zacu­mo­wany wzdłuż asfal­to­wego pomo­stu. Trzy metry od dobrze utrzy­ma­nej jezdni roz­ciąga się teren tak nie­równy jak nie­mal ni­gdzie na tere­nie kon­ty­nen­tal­nych Sta­nów Zjed­no­czo­nych, będący domem zarówno prze­pięk­nego mulaka czar­no­ogo­no­wego, jak i dorod­nych jeleni, bari­bali, a cza­sem także łosi. Ponie­waż Boy­kin ni­gdy nie polo­wał ani nawet nie trzy­mał broni w ręku, nawet nie przy­szło mu do głowy, że pięt­na­sty wrze­śnia, pierw­szy dzień sezonu na jele­nie w Regio­nie G stanu Wyoming, wypa­dał tego roku w ponie­dzia­łek.

* * *

Poprzed­niego popo­łu­dnia James Reece zszedł ze szlaku tury­stycz­nego po prze­ciw­nej stro­nie góry, niż bie­gła trasa. Szlak zaczy­nał się tuż przy dro­dze, ale żeby dotrzeć do niego autem, nale­żało poko­nać wiele kilo­me­trów. Więk­szość miesz­kań­ców w rodzaju Boy­kina wolała mieć szosę w zasięgu wzroku, więc nie zapusz­czała się zbyt daleko na to odlu­dzie. Choć była to jedy­nie kil­ku­go­dzinna wędrówka od jego tere­nówki, Reece czuł się, jakby przy­szedł z innego świata. Miał na sobie strój do polo­wa­nia w cyfro­wym kamu­flażu marki Sitka i buty trek­kin­gowe Salo­mona, które towa­rzy­szyły mu pod­czas nie­zli­czo­nych ope­ra­cji na całym świe­cie. Niósł lekki ple­cak z przy­pię­tym z boku nylo­no­wym pokrow­cem na kara­bin. Gdyby szedł przez dzi­kie tereny Wyoming w tra­dy­cyj­nym snaj­per­skim stroju ghil­lie i z bro­nią ciężką, rzu­całby się w oczy pra­wie jak facet wędru­jący po górach w smo­kingu; na szczę­ście odzież myśliw­ska zapew­niała taki sam kamu­flaż jak gra­na­towa mary­narka na lot­ni­sku. Zło­żone przez niego ano­ni­mowe zgło­sze­nie w spra­wie kłu­sow­ni­ków gra­su­ją­cych na połu­dnie od Jack­son powinno zająć każ­dego leśni­czego w regio­nie. Na wypa­dek gdyby jed­nak spo­tkał jakie­goś przed­sta­wi­ciela władz, licen­cja na polo­wa­nie i pla­kietka do ozna­cze­nia tro­feum miały spra­wić, że wypad­nie wia­ry­god­nie jako kolejny myśliwy wypa­tru­jący mula­ków w naj­bar­dziej ruchli­wym dniu w roku.

Mógł wyru­szyć w nocy, korzy­sta­jąc z latarki czo­ło­wej lub nok­to­wi­zora, ale wolał dotrzeć na miej­sce jesz­cze przed zmro­kiem. Nie było sensu ryzy­ko­wać skrę­ce­nia kostki lub poważ­niej­szej kon­tu­zji na tak nie­przy­stęp­nym obsza­rze; poza tym nie­cier­pli­wił się, by roz­po­cząć ope­ra­cję. Setki razy stu­dio­wał topo­gra­fię terenu przy uży­ciu map i zdjęć sate­li­tar­nych, ale na wszelki wypa­dek i tak prze­szedł tę samą trasę dwa dni wcze­śniej, by mieć pew­ność, że na ziemi wszystko wygląda tak samo jak z powie­trza.

Szlak pro­wa­dził przez stromą, wysoko poło­żoną oko­licę. Przy tej wyso­ko­ści nad pozio­mem morza kon­dy­cja nie ma żad­nego zna­cze­nia – dwa i pół tysiąca metrów to jed­nak dwa i pół tysiąca metrów. Zatrzy­mał się, by zła­pać oddech, i pocią­gnął łyk wody z rurki przy­pię­tej do szelki ple­caka. Mię­śnie nóg pło­nęły, płuca doma­gały się tlenu. Mimo tem­pe­ra­tury w oko­li­cach dzie­się­ciu stopni Cel­sju­sza pierw­sza war­stwa ubrań szybko prze­sią­kła potem, więc roz­piął bluzę, dając ujście cie­płu. Nie poru­szał się szybko, lecz zde­cy­do­wa­nie. Nie pierw­szy raz dawał z sie­bie wszystko, wspi­na­jąc się do celu.

Sta­no­wi­sko wyglą­dało tak, jak je zosta­wił: nie­wiel­kie wyżło­bie­nie w zbo­czu w kształ­cie litery U, do któ­rego dostać można się było tylko od przodu. Szansa na to, żeby jakiś myśliwy albo straż­nik zaszedł go wprost od tyłu, gdy zaj­mie pozy­cję, była nie­wielka; zauwa­żyłby też każ­dego, kto nad­cho­dziłby od frontu, zanim jesz­cze intruz w ogóle zbli­żyłby się do kry­jówki. Widział z tego miej­sca spa­dek szosy bie­gną­cej mię­dzy dwoma wznie­sie­niami. Jego pozy­cja znaj­do­wała się bli­sko szczytu dru­giej góry, jeśli jechało się w stronę Jack­son.

Niczym jaski­nia bez dachu kry­jówka miała chro­nić go od wścib­skich oczu myśli­wych wyglą­da­ją­cych jeleni przed otwar­ciem sezonu oraz osło­nić od wia­tru, gdy tem­pe­ra­tura spad­nie w nocy w oko­lice zera. Wycią­gnął broń z pokrowca i poło­żył ple­cak tuż obok wylotu jamy, tak by lufa nie była widoczna z dołu. Sztu­cer Echols Legend został zbu­do­wany przez mistrza w Utah, któ­rego ręcz­nie robione kara­biny kosz­to­wały rów­no­war­tość kilku mie­sięcz­nych pen­sji w mary­narce. Pre­zent od ojca, otrzy­many po pierw­szej turze po 11 wrze­śnia, był jedną z naj­cen­niej­szych rze­czy Reece’a. Pla­no­wał polo­wać czę­ściej po przej­ściu na eme­ry­turę i roz­po­czę­ciu pracy w sek­to­rze pry­wat­nym. Choć sztu­cer ważył dużo mniej niż kara­biny wybo­rowe, któ­rych uży­wał za gra­nicą, zała­do­wany amu­ni­cją .300 win­che­ster magnum był jesz­cze cel­niej­szy. Zamiast tra­dy­cyj­nej lunety myśliw­skiej Reece zain­sta­lo­wał celow­nik optyczny Night­force NXS 2,5-10 × 32 mm, ten sam, któ­rego uży­wał na służ­bie. Ple­cak pod­trzy­my­wał lufę sztu­cera, a mały wore­czek sta­bi­li­zo­wał kolbę. Leżąc na brzu­chu, mógł utrzy­mać broń tak nie­ru­chomo jak przy ben­chre­ście. Kiedy samo­chody oso­bowe i cię­ża­rówki pod­jeż­dżały pod wznie­sie­nie na zachód od niego, strze­lał na sucho do kie­row­ców, by dobrze wymie­rzyć czas. Ani wcza­so­wi­cze, ani miesz­kańcy jadący gór­ską drogą przed zmierz­chem nie mieli poję­cia, że zna­leźli się na celow­niku jed­nego z naj­bar­dziej zabój­czych wojow­ni­ków tego kraju.

Zado­wo­lony, że zna­lazł dobrą pozy­cję poło­żoną pod odpo­wied­nim kątem wzglę­dem celu, wyco­fał się na tył kry­jówki i zapa­lił prze­no­śny pal­nik, by pod­grzać wodę na lio­fi­li­zo­wany obiad. Gdy słońce scho­wało się za hory­zon­tem, a tem­pe­ra­tura odczu­wal­nie spa­dła, wczoł­gał się do śpi­wora. Myślał o jasno­wło­sej córeczce, o łzach wzbie­ra­ją­cych w jej nie­bie­skich oczach, kiedy patrzyła, jak tata wyru­sza na ostat­nią zmianę. Sześć mie­sięcy i wróci, tym razem na dobre. „Obie­cuję”. Na­dal widział jej twa­rzyczkę przy­ci­śniętą do okna na lot­ni­sku, gdy patrzyła, jak tata wsiada na pokład samo­lotu. Naj­trud­niej­sze pod­czas każ­dej tury bojo­wej były pierw­sze tygo­dnie, kiedy dopiero opu­ścili domy, oraz kilka ostat­nich, kiedy cze­kali już tylko na powrót. Fakt, że był to jego ostatni wyjazd za gra­nicę, spra­wiał, że świa­tełko w tunelu świe­ciło jaśniej. Naresz­cie koniec kie­ratu szko­le­nie–tura–szko­le­nie, który on i jego bra­cia z Navy SEALs zno­sili ponad dekadę.

Owi­nięty śpi­wo­rem, przy­glą­da­jąc się spek­ta­klowi gwiazd, któ­rego w mie­ście nie spo­sób sobie wyobra­zić, zasnął moc­nym snem po raz pierw­szy od tygo­dni. Nie obu­dził się w środku nocy, by kosz­mar oka­zał się prawdą. Nie się­gnął przez łóżko do żony, któ­rej nie było. Nie sły­szał cichego pła­czu córki, która już ni­gdy nie poprosi go, by ochro­nił ją przed potwo­rami z szafy.

Kiedy zega­rek zasy­gna­li­zo­wał piątą, Reece już nie spał, tylko wpa­try­wał się w gwiaz­do­zbiór Oriona. Łyk wody z butelki i baton ener­ge­tyczny sta­no­wiły jego śnia­da­nie. Uło­żył się w pozy­cji przy sztu­ce­rze i cze­kał cier­pli­wie na wschód słońca.

* * *

Mar­cus Boy­kin był ran­nym ptasz­kiem jak nie­mal wszy­scy w sek­to­rze finan­so­wym. W tej pracy czło­wiek albo wstaje i zaj­muje miej­sce przy stole, albo śpi i tra­fia do menu. Spraw­dził pro­gnozę pogody na iPho­nie, po czym wło­żył desi­gner­skie dżinsy i brą­zowe wło­skie moka­syny. Narzu­cił polar Pata­go­nii na różową koszulkę polo od Laco­sty i wło­żył bejs­bo­lówkę z logo Yan­kees. Musiał ukryć nie­wielką łysinę przed tą dwu­dzie­sto­pa­ro­let­nią kel­nerką, którą aku­rat pró­bo­wał pode­rwać. Dla niego nie była to Sarah z dyplo­mem z inży­nie­rii śro­do­wi­ska, która pra­co­wała, żeby odło­żyć na stu­dia magi­ster­skie, dla niego była to „ta kel­nerka”. Jak na razie nie udało mu się dobrać jej do maj­tek, ale ona była spłu­kana, a on – bogaty. Któ­re­goś wie­czoru, prę­dzej czy póź­niej, upije się i popełni błąd, a on będzie tam, żeby to wyko­rzy­stać. To, że miesz­kał daleko, sta­no­wiło pew­nego rodzaju wyzwa­nie. Zda­wał sobie sprawę, że zapewne będzie musiał wyna­jąć miesz­ka­nie w mie­ście, żeby zwięk­szyć swoje szanse na prze­le­ce­nie tej laski. Zgar­nął klu­czyki z mar­mu­ro­wego kuchen­nego blatu i zdal­nie włą­czył kli­ma­ty­za­cję w aucie. Było zimno, a Boy­kin lubił, jak SUV cze­kał na niego cie­pły i wygodny, z nagrza­nymi fote­lami, gdy on robił sobie jesz­cze kawę na drogę. Otwo­rzył dębowe drzwi wej­ściowe i wyjął tele­fon, by wrzu­cić na Twit­tera zdję­cie poma­rań­czo­wego bla­sku wscho­dzą­cego słońca, który prze­bi­jał się ponad górami, zanim straci sygnał wi-fi. Aż do Jack­son zasięg był do niczego. W rze­czy­wi­sto­ści sam widok go nie obcho­dził, prze­cież słońce wzej­dzie tak samo jutro. Roz­ko­szo­wał się jed­nak zazdro­ścią, którą zdję­cie miało wzbu­dzić u zna­jo­mych z oby­dwu wybrzeży. Kiedy wsiadł do samo­chodu i skie­ro­wał się w stronę drogi 89, w gło­wie zaczął już obmy­ślać, co powie tej kel­nerce, kiedy ją zoba­czy.

* * *

Walka to prze­cią­że­nie sen­so­ryczne. Czu­jesz, że to totalny chaos, zwłasz­cza kiedy dowo­dzisz. Hałas, zarówno wro­giego, jak i przy­ja­ciel­skiego ognia, jest ogłu­sza­jący, a ciśnie­nie towa­rzy­szące wystrza­łom i eks­plo­zjom wstrzą­sają twoim cia­łem aż do samego DNA. Ludzie wrzesz­czą, nie ze stra­chu czy z paniki, ale żeby prze­krzy­czeć ten ryk. Poci­ski smu­gowe i rakiety prze­la­tują nad gło­wami, pył z wybu­chów i wystrza­łów spo­wija świat gęstą chmurą pyłu. Radiowe komu­ni­katy w twoim uchu tylko wzmac­niają szum, ale wyma­gają też kon­kret­nej odpo­wie­dzi, co ozna­cza, że każdą czyn­ność wyko­nu­jesz pod­świa­do­mie. Iden­ty­fi­ka­cja celu, odda­nie strzału, wymiana maga­zyn­ków – wszystko to musi dziać się auto­ma­tycz­nie, bez zakłó­ceń, jak ruch kie­row­nicą, zmiana bie­gów, wci­ska­nie pedału gazu pod­czas roz­mowy przez komórkę. Jako dowódca musisz wznieść się ponad tę zawie­ru­chę i dostrzec coś poza wła­snym prze­trwa­niem. Musisz pokie­ro­wać ogniem i manew­rami całego oddziału, oprzeć się instynk­towi, który pró­buje spro­wa­dzić cię do roli kolej­nej broni w walce. Wszystko roz­ma­zuje się, a czas zwal­nia, kiedy podej­mu­jesz kolejne decy­zje.

To było zupełne prze­ci­wień­stwo cha­osu. Zmy­sły Reece’a nie reje­stro­wały nic nad­zwy­czaj­nego, jedy­nie spo­kój osik poru­sza­nych wia­trem i relak­su­jącą melo­dię dzi­czy budzą­cej się do życia w gór­skim wscho­dzie słońca. Nie było radia, nie było nikogo, z kim trzeba by się komu­ni­ko­wać, tylko spo­ra­dyczny szum aut na asfal­cie. Odle­głość od zjazdu wyno­siła dokład­nie 571,5 metra, co ozna­czało, że w trak­cie lotu z lufy do celu pocisk opad­nie o 195 cen­ty­me­trów. Celow­nik optyczny sztu­cera był wyze­ro­wany na 91,5 metra, więc musiał doko­nać korekty. Czter­na­ście klik­nięć, czyli 1,4 MILS, powinno wyrów­nać opa­da­nie. Dzięki uwzględ­nie­niu dystansu nie musiał prze­su­wać celow­nika. Mógł umie­ścić cel w samym środku krzyża. _W walce wyko­rzy­stuj każdą prze­wagę_. Na szczę­ście wiatr o tej porze był deli­katny. Uwzględ­nia­nie wia­tru w górach zawsze spra­wiało pro­blem, nawet pro­fe­sjo­na­li­stom. Kestrel infor­mo­wał, że wiało z pręd­ko­ścią 3,2 kilo­me­tra na godzinę z jego lewej, pełny wiatr, który wyma­gał korekty o 15,2 cen­ty­me­tra. Ponie­waż wiatr mógł zmie­nić się w każ­dej chwili, sko­rzy­stał z krzyża Mil­Dot, żeby wyrów­nać o 0,3 MILS.

Usły­szał szum opon, zanim SUV wje­chał na wznie­sie­nie, a nie­bie­skie halo­ge­nowe świa­tła roz­bły­sły nad drogą. Srebrny mer­ce­des nie­wąt­pli­wie nale­żał do Boy­kina; dzięki Bogu, że facet nie jeź­dził for­dem F-150. Pojazd kie­ro­wał się pro­sto na Reece’a, co uła­twiało sprawę, ale na­dal poru­szał się bar­dzo szybko. Nie miał czasu, by nacie­szyć się suk­ce­sem swo­jego planu. Podą­żał za celem, gdy ten zjeż­dżał ze wzgó­rza, podob­nie jak zro­bił to z pozo­sta­łymi dwoma pojaz­dami, które prze­jeż­dżały tędy wcze­śniej. Nabrał powie­trza zastygł na moment, a potem wypu­ścił je, by odna­leźć pauzę odde­chową w któ­rej płuca zwięk­szają swoją obję­tość, sta­bi­li­zu­jąc ciało i pozwa­la­jąc sku­pić się na zada­niu. W ten spo­sób udało mu się zmniej­szyć ruch siatki celow­ni­czej z krą­że­nia do nie­wiel­kiego drże­nia. Nawet w cał­ko­wi­tym spo­czynku ni­gdy nie było tak nie­ru­chomo jak na fil­mach. Mer­ce­des wje­chał z impe­tem na pła­ski kawa­łek terenu i jakby zatrzy­mał się na sekundę, kiedy Reece stra­cił z oczu dal­szy tor jazdy. Nie mógł doj­rzeć kie­rowcy, nie z tej odle­gło­ści i z pew­no­ścią nie w tym świe­tle. Celu­jąc w sam śro­dek przed­niej szyby, powoli ścią­gnął spust.

Dobiegł go huk wystrzału, ale jego mózg ledwo to zare­je­stro­wał. Jedyną oznaką odrzutu było to, że obraz stra­cił ostrość, kiedy kara­bin się uniósł. Pomimo wpa­ko­wa­nia nie­zli­czo­nej liczby poci­sków w ludzi w naj­bar­dziej gów­nia­nych zakąt­kach świata jego ciało i tak prze­łą­czyło się w tryb „ucie­kaj lub walcz”. Adre­na­lina zadzia­łała jak działka hero­iny. W prze­szło­ści wie­lo­krot­nie zabi­jał z bło­go­sła­wień­stwem wła­snego kraju, ale tym razem pocią­gnię­cie za spust ozna­czało zła­ma­nie naj­święt­szej zasady umowy spo­łecz­nej: wła­śnie popeł­nił mor­der­stwo.

Mono­li­tyczny pocisk, grzyb­ku­jący Bar­nes Tri­ple Shock, wyko­nany był z litej mie­dzi; dzięki bie­gną­cemu przez śro­dek nacię­ciu przy ude­rze­niu roz­kła­dał się na cztery płatki jak śmier­cio­no­śny kwiat. Pocisk został opra­co­wany, by pene­tro­wać skórę wiel­kich zwie­rząt łow­nych, i spraw­dzał się tak dobrze, że oddziały spe­cjalne zaczęły uży­wać go w trak­cie wojny z ter­ro­ry­zmem. Kiedy ude­rzył w nie­mal poziomą szybę mer­ce­desa, płatki się roz­dzie­liły, two­rząc cylin­der mie­dzi o śred­nicy jed­nej trze­ciej cala, wciąż poru­sza­jący się z pręd­ko­ścią więk­szą niż duża część poci­sków pisto­le­to­wych tuż po wystrzale. Tra­fił Boy­kina w nasadę nosa i skie­ro­wał się nieco w dół, miaż­dżąc chrząstkę, mózg i kość. Prze­ciął pierw­szy krąg i wyszedł z tyłu szyi, nie­mal nie­tknięty, zanim prze­bił się przez skó­rzany zagłó­wek i zakoń­czył lot w mięk­kich podusz­kach tyl­nego sie­dze­nia.

Mimo że mózg kie­rowcy prze­stał wysy­łać komu­ni­katy do jego ciała, tem­po­mat mer­ce­desa wciąż usta­wiony był na 95 kilo­me­trów na godzinę. Koń­czyny zady­go­tały tar­gane wstrzą­sem, jak u więk­szo­ści ludzi i zwie­rząt po postrzale w ośrod­kowy układ ner­wowy, ale dzięki nie­za­wod­no­ści nie­miec­kiej inży­nie­rii auto jechało dalej, jak gdyby nic się nie stało. Kiedy minęło pozy­cję Reece’a, ten pomy­ślał przez sekundę, że chy­bił. Dopiero kiedy pojazd wje­chał na wznie­sie­nie, przy­spie­sza­jąc, by nie zwol­nić na stro­mym pod­jeź­dzie, pozba­wione życia ciało Boy­kina poru­szyło się, przez co kie­row­nica skrę­ciła ostro w lewo. Sku­mu­lo­wane w jed­nym momen­cie pęd, nachy­le­nie zbo­cza i wysoko poło­żony śro­dek cięż­ko­ści SUV-a spo­wo­do­wały, że mer­ce­des prze­to­czył się do przodu przez przed­nie koło, zjeż­dża­jąc z asfaltu, i poko­zioł­ko­wał po stro­mym pobo­czu. Dźwięk metalu ude­rza­ją­cego o asfalt i skały był ogłu­sza­jący, ale usły­szeć mógł go tylko jeden czło­wiek.

Uśmiech­nąw­szy się po raz pierw­szy od wielu mie­sięcy, Reece się­gnął do kie­szeni kurtki. Z woreczka stru­no­wego wycią­gnął rysu­nek z zapi­saną na odwro­cie listą. Małym ołów­kiem skre­ślił pierw­sze nazwi­sko i scho­wał listę na miej­sce przy piersi.Roz­dział 1

_Trzy mie­siące wcze­śniej_
_Pro­win­cja Chost, Afga­ni­stan_
_2.00 czasu miej­sco­wego_

Żadnemu z nich nie podo­bała się ta misja. Teraz, gdy prze­dzie­rali się nie­cały kilo­metr od celu, sta­rali się o tym nie myśleć i sku­pili się na zabój­czym wyzwa­niu. Zer­k­nąw­szy na GPS przy­mo­co­wany do kolby kara­binu i prze­pa­tru­jąc teren przed nimi, kapi­tan James Reece roz­ka­zał spraw­dze­nie sek­tora. Snaj­pe­rzy zaj­mo­wali już pozy­cje na wznie­sie­niu, a dowódcy zespo­łów dołą­czyli do Reece’a na ostat­nie, szyb­kie omó­wie­nie sytu­acji przed osta­tecz­nym posu­nię­ciem. Pomimo prze­wagi tech­no­lo­gicz­nej, którą dys­po­no­wali, wszystko mogło się skom­pli­ko­wać w mgnie­niu oka. Wróg był prze­bie­gły i potra­fił się przy­sto­so­wać. Po szes­na­stu latach wojny afgań­skie powie­dze­nie „Ame­ry­ka­nie mogą mieć zegarki, ale to my mamy czas” brzmiało nieco bar­dziej praw­dzi­wie niż na początku.

– Co jest, Reece? – zapy­tał potężny męż­czy­zna. W mun­du­rze pokry­tym pustyn­nym wzo­rem kamu­flu­ją­cym AOR-1, pan­ce­rzu oso­bi­stym i heł­mie bali­stycz­nym Ops Core z przy­mo­co­wa­nymi do niego goglami nok­to­wi­zyj­nymi wyglą­dał jak bestia z innego wymiaru.

Reece spoj­rzał na zapra­wio­nego w bojach bos­mana. Jasno­zie­lone świa­tło nok­to­wi­zora oświe­tlało mu brodę. Lek­kiego uśmie­chu pew­nego sie­bie żoł­nie­rza ope­ra­cji spe­cjal­nych nie dało się pomy­lić z niczym innym.

– To tuż za tym wznie­sie­niem – odpo­wie­dział. – Pre­da­tor nie wyka­zuje żad­nego ruchu. Żad­nych war­tow­ni­ków. Nic.

Bos­man przy­tak­nął.

– W porządku, chło­paki – rzu­cił do pozo­sta­łych czte­rech męż­czyzn w kółku. – Jedziemy.

Wstali zde­cy­do­wa­nie i ruszyli ze swo­bodą ludzi, dla któ­rych chaos był natu­ral­nym śro­do­wi­skiem. Wspi­nali się po ska­li­stej grani, by ich zespoły zna­la­zły się na pozy­cji przed podej­ściem do celu.

_To zbyt łatwe. Znowu za dużo myślisz. To tylko kolejna misja. Więc skąd to uczu­cie? Może po pro­stu przez te bóle głowy._

Migreny prze­śla­do­wały Reece’a przez ostat­nie kilka mie­sięcy i osta­tecz­nie, tuż przed wyjaz­dem na zmianę, zde­cy­do­wał się na wizytę w Szpi­talu Mary­narki Wojen­nej w Bal­boa, która zakoń­czyła się serią badań. Na­dal nie miał żad­nej wia­do­mo­ści od leka­rzy.

_Może to nic. A może coś._

Reece już dawno nauczył się, że jeśli coś wyglą­dało podej­rza­nie, to pew­nie takie było. Umie­jęt­ność oceny sytu­acji utrzy­my­wała jego i jego ludzi przy życiu przez kolejne tury.

Pod­czas tej misji wszystko szło nieco zbyt gładko: dane wywia­dow­cze, zdalna infil­tra­cja, aktu­alny sta­tus obszaru celu. I skąd te naci­ski ze strony naj­wyż­szego dowódz­twa, by dorwać wła­śnie ten cel? Kiedy ostat­nio wtrą­cali się w pla­no­wa­nie tak­tyczne? Coś tu nie grało. _Może wszystko jest w porządku. Może to tylko bóle głowy i odro­bina para­noi. Może robisz się na to za stary. Skup się, Reece._

Nie pierw­szy raz zbli­żali się do obiektu, w któ­rym – jak podej­rze­wali – mogła cze­kać ich zasadzka. W trak­cie tej wojny zda­rzały się sytu­acje, kiedy po wyka­za­niu przez wywiad wyso­kiego praw­do­po­do­bień­stwa zasadzki, potwier­dzo­nego przez źró­dła zarówno oso­bowe, jak i tech­no­lo­giczne, Reece zapu­kałby do drzwi gra­na­tem ter­mo­ba­rycz­nym z AT-4 albo kil­koma seriami z hau­bicy AC-130 kali­bru 105 mm. Po raz pierw­szy plan ope­ra­cji podyk­to­wali im ludzie z góry, któ­rzy nie brali udziału w akcji. _Skup się na misji, Reece_.

Jesz­cze jedno połą­cze­nie z cen­trum ope­ra­cji tak­tycz­nych, zna­nym rów­nież jako TOC, rzut oka na dane z pre­da­tora. Nic. Szybki kon­takt ze snaj­pe­rami. Żad­nego ruchu.

Reece spoj­rzał na wznie­sie­nie. Przez nok­to­wi­zor dostrzegł zespoły sztur­mowe znaj­du­jące się na pozy­cji i w goto­wo­ści. Gdy nie zauwa­żył snaj­pe­rów, uśmiech­nął się z powagą. _Naj­lepsi w branży._

Włą­czył radio i otwo­rzył usta, by wydać roz­kaz.

A potem wszystko ogar­nął mrok.

* * *

Siła wybu­chu odrzu­ciła Reece’a dzie­sięć metrów do tyłu i zerwała mu hełm z głowy. Całe wznie­sie­nie roz­darła eks­plo­zja, sie­jąc śmierć. Kum­ple z teamu, przy­ja­ciele, mężo­wie i ojco­wie, któ­rzy jesz­cze przed momen­tem nale­żeli do naj­lep­szego oddziału ope­ra­cji spe­cjal­nych, jaki widział świat, zgi­nęli w ułamku sekundy.

Reece nie zda­wał sobie sprawy, że na moment stra­cił przy­tom­ność. Ból głowy włą­czył go do walki, zanim pył opadł, a echa eks­plo­zji roze­szły się po oko­licz­nych wzgó­rzach.

Zawo­do­wiec w jego umy­śle natych­miast upew­nił się, że ma broń. _Jest._ Potem przy­szła kolej na szybką ocenę stanu ciała. Wyglą­dało na to, że wszystko działa i jest na swoim miej­scu.

_Wie­dzieli. Skąd? Póź­niej, Reece. Zawsze zaj­muj naj­lep­szą pozy­cję_.

Na próżno roz­glą­dał się w poszu­ki­wa­niu hełmu i słu­cha­wek; w końcu, gdy oczy przy­wy­kły do ciem­no­ści, maca­jąc sza­leń­czo rękami, natra­fił na coś na ziemi.

_Jest. Moment… za ciężki jak na hełm. Bo to nie jest twój hełm. Należy do kogoś innego. I wciąż jest w nim głowa._

Nawet w mroku Reece zdał sobie sprawę, że patrzy na twarz wie­lo­let­niego przy­ja­ciela i towa­rzy­sza broni, ogrom­nego męż­czy­zny z długą brodą, uśmie­cha­ją­cego się z pew­no­ścią sie­bie, któ­rego głowa została oddzie­lona od ciała. Nie mógł powstrzy­mać łez, ale otarł je szybko. _Skup się. Nie ma czasu na żałobę. Wyko­rzy­staj każdą tech­niczną i tak­tyczną prze­wagę. Jest._ Reece odpiął pasek, pozwa­la­jąc gło­wie przy­ja­ciela upaść na zie­mię, i szybko wło­żył hełm. Cud, że nok­to­wi­zor wciąż dzia­łał. Radio­ope­ra­tor leżał twa­rzą do ziemi dwa­dzie­ścia metrów dalej. Po nie­na­tu­ral­nie skrę­co­nej pozy­cji Reece wywnio­sko­wał, że nie żyje. Pod­szedł szybko do ciała, prze­wró­cił je na plecy, po czym spraw­dził oddech i puls. Miał świa­do­mość, że odłamki wysta­jące z pra­wego oka i boku głowy zabiły męż­czy­znę nie­mal natych­miast. Zdjąw­szy hełm radiowca, Reece ode­rwał słu­chawki i się­gnął po radio MBITR, by przy­wró­cić łącz­ność ze wspar­ciem z powie­trza i TOC.

Na zbo­czu nie dostrzegł żad­nego ruchu. Wyglą­dało to tak, jakby kostu­cha ścięła cały oddział. Reece usły­szał za sobą kroki i obró­cił się z bro­nią gotową do strzału w poszu­ki­wa­niu zagro­że­nia. Natych­miast opu­ścił kara­bi­nek auto­ma­tyczny M4 kali­bru 5,56 mm, kiedy roz­po­znał trzech ope­ra­to­rów bie­gną­cych z tyl­nych pozy­cji.

Pokusa, by pobiec zbo­czem, była silna, ale ich umy­sły zdo­mi­no­wała inna myśl: wygrać walkę.

Żoł­nie­rze do tej pory pozo­sta­jący na tyłach bez słowa zajęli nowe pozy­cje, two­rząc kor­don wokół dowódcy.

Reece prze­stał roz­my­ślać o mar­twych kole­gach. Musiał dzia­łać.

– SPO­OKY cztery sie­dem, tu SPAR­TAN jeden zero – nadał przez radio, patrząc na wykres umo­co­wany na nad­garstku. – Potrzebne wspar­cie ogniowe, budy­nek de trzy. Sto­piątki, zrów­naj­cie go z zie­mią.

Noszona na nad­garstku mapa GRG była sate­li­tar­nym rzu­tem obszaru celu, który pozwa­lał im manew­ro­wać oddzia­łami i koor­dy­no­wać je; w trak­cie misji każdy uży­wał tej samej gra­fiki.

– Przy­ją­łem, zero jeden. Sześć minut. – Samo­lot wspar­cia bez­po­śred­niego AC-130 krą­żył dzie­sięć minut drogi stąd, by nie zdra­dzić nad­cho­dzą­cego ataku w ciszy afgań­skiej nocy.

– Bez odbioru – zakoń­czył i po chwili ode­zwał się znowu. – RAZOR dwa cztery, RAZOR dwa cztery. Potrzebne QRF i MEDE­VAC na pozy­cję ECHO trzy. Nie wchodź­cie na wznie­sie­nie. Mamy wielu ran­nych, zako­pane ajdiki. – Ni­gdy nie wspo­mi­naj o zabi­tych przez radio.

– Zro­zu­mia­łem, zero jeden. Ruszamy, ewa­ku­acja ze współ­rzęd­nych ECHO trzy. Dzie­sięć minut. – QRF, czyli siły szyb­kiego reago­wa­nia, sta­no­wiły dwa śmi­głowce CH-47, w każ­dym z nich sie­działo pięt­na­stu ran­ger­sów.

– MAKO – rzu­cił Reece do mikro­fonu. – Coś z pre­da­tora?

– Nic, zero jeden. Żad­nego ruchu na obiek­cie.

– Przy­ją­łem.

Reece zwró­cił się do trzech pozo­sta­łych ope­ra­to­rów.

– Kogo mamy? – zapy­tał.

– Tu Boozer. Są ze mną Jone­sey i Mike. Co tu się, kurwa, stało?

– Zasadzka. Skur­wy­syny wie­dzieli, że nad­cho­dzimy. Atak z powie­trza za jakieś pięć minut, QRF w dro­dze.

– Ja pier­dolę, mówi­li­śmy im, że to jebana zasadzka! Ale cze­goś takiego się nie spo­dzie­wa­łem. Ktoś prze­żył?

– Nie jestem pewien, musimy to spraw­dzić.

– Roz­kaz. Tylko ostroż­nie. Pew­nie mamy tu setki zako­pa­nych i uzbro­jo­nych ajdi­ków albo min.

– Jone­sey i Mike, cze­kaj­cie tu na heli­kop­tery. Boozer i ja poszu­kamy oca­la­łych. Trzy­maj się pięt­na­ście metrów za mną. Idź po moich śla­dach. Podej­dziemy tam powoli. TOC twier­dzi, że po dru­giej stro­nie wzgó­rza jest czy­sto, ale bądź czujny.

– Jasne, Reece.

– Ruszamy.

We dwóch skie­ro­wali się w stronę wzgó­rza, choć góra byłaby traf­niej­szym okre­śle­niem. Ska­li­ste i strome zbo­cze w połą­cze­niu z dwu­dzie­sto­ki­lo­gra­mo­wym cię­ża­rem kami­zelki i sprzętu unie­moż­li­wiają szyb­kie podej­ście; zwłasz­cza kiedy idzie się przez poten­cjalne pole minowe.

– SPO­OKY, ruszamy z Echo trzy do Echo osiem. Wszystko po pół­noc­nej stro­nie wzgó­rza jest do odstrzału.

– Zro­zu­mia­łem, zero jeden, na­dal żad­nego ruchu.

_Dziwne._

– Przy­ją­łem.

Reece i Boozer stop­niowo posu­wali się naprzód, a ciężki od śmierci zapach pro­chu, krwi i pyłu uno­sił się w powie­trzu. Coś poru­szyło się po lewej stro­nie.

– B., mam coś. Tylko spo­koj­nie. Dalej za mną – wyszep­tał Reece przez radio. Boozer odpo­wie­dział podwój­nym stuk­nię­ciem w mikro­fon. „Przy­ją­łem”.

Idąc w kie­runku miej­sca, w któ­rym dostrzegł ruch, usły­szał jesz­cze coś na kształt jęku. Donny Mit­chell, jeden z naj­młod­szych człon­ków oddziału Reece’a, leżał pośród skał wschod­niego Afga­ni­stanu. Od pasa w dół nie było niczego. Wysta­wił rękę do Reece’a.

– Dosta­li­śmy ich, sir? – zapy­tał słabo Donny. – Na­dal mam kara­bin.

– Pew­nie, kolego, pew­nie, że masz. Samo­lot jest w dro­dze. Dorwiemy ich. – Reece usiadł obok Donny’ego i objął jego głowę. Kiedy pierw­sze sto­piątki tra­fiły w kom­pleks, Reece dostrzegł prze­lotny uśmiech na ustach Donny’ego, gdy ten odszedł do Wal­halli.

Pod­niósł wzrok, patrząc, jak Boozer powoli prze­dziera się przez usiane gła­zami zbo­cze. Gdzieś za jego ple­cami Reece naj­pierw usły­szał, a potem zoba­czył zama­zane syl­wetki CH-47, które roz­po­częły zej­ście do doliny, napro­wa­dzane przez Jone­seya i Mike’a.

_Roz­pie­przymy kom­pleks z powie­trza w drobny mak, a potem wej­dziemy z ran­ger­sami, żeby oce­nić znisz­cze­nia bojowe i zebrać mate­riał wywia­dow­czy._

Dopiero wtedy dotarła do niego waga tego, co wła­śnie się stało.

_Stra­ci­łem oddział. To moja wina_.

Po raz drugi tej nocy oczy Reece’a zaszły mgłą. Nie miał poję­cia, co jesz­cze ma się wyda­rzyć.Roz­dział 2

_Baza lot­ni­cza Bagram_
_Bagram, Afga­ni­stan_

Reece ock­nął się, leżąc na ple­cach. Zamru­gał, by odzy­skać ostrość widze­nia i pozbyć się pul­so­wa­nia w skro­niach.

_Gdzie ja jestem?_

Kiedy powoli obró­cił głowę i spró­bo­wał prze­trzeć oczy, dostrzegł rurkę wysta­jącą z ręki. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że ma coś przy­mo­co­wa­nego do ust i nosa.

_Maska tle­nowa. Szpi­tal._

Spró­bo­wał unieść się na łok­ciu, ale natych­miast powstrzy­mał go ośle­pia­jący ból głowy.

– Reece… Reece, spo­koj­nie, stary. Powoli.

Od razu roz­po­znał głos Boozera.

– Dok­to­rze, budzi się! – zawo­łał Boozer, wycho­dząc na kory­tarz.

To miej­sce w niczym nie przy­po­mi­nało szpi­tali polo­wych z początku wojny orga­ni­zo­wa­nych jesz­cze w namio­tach. Jeśli czło­wiek nie wie­dział, że wciąż jest w Afga­ni­sta­nie, mógł pomy­śleć, że tra­fił do jed­nego ze szpi­tali mary­narki w Beth­se­dzie lub Bal­boa. Jedyną rze­czą, która zdra­dzała, że jest się w samym środku strefy wojny, był dobie­ga­jący zewsząd szum die­slow­skich gene­ra­to­rów prądu zapew­nia­ją­cych kli­ma­ty­za­cję dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę, rok po roku.

_Tak to jest, kiedy wal­czy się w jed­nym kraju przez ponad pięt­na­ście lat._

Reece ścią­gnął maskę i spoj­rzał na przy­ja­ciela.

Boozer wciąż sie­dział w mun­du­rze z misji, brudny i śmier­dzący. Białe plamy zaschnię­tej soli mie­szały się z afgań­skim pyłem, ale poza tym całość nada­wała się do nosze­nia. Był jed­nym z tych gości, któ­rzy ni­gdy nie mieli nawet jed­nego zadra­pa­nia. Ni­gdzie nie było widać jego kami­zelki ani broni, ale Reece wie­dział, że pew­nie ma przy sobie pisto­let.

– Co się stało? Jak tu tra­fi­łem?

Boozer nabrał powie­trza, pró­bu­jąc powstrzy­mać gry­mas roz­pa­czy zmie­sza­nej z lito­ścią, co kom­plet­nie mu się nie udało.

– Reece, NCIS już tu jest. Kazali nic ci nie mówić, ale w dupie z nimi. Oczy­wi­ście, że ci powiem.

_Kry­mi­nalne Biuro Śled­cze Mary­narki?_

– Jest źle, Reece – cią­gnął Boozer. – Co pamię­tasz?

Reece zmru­żył oczy, prze­szu­ku­jąc pamięć.

– Byli­śmy na grani, zaczął się atak z powie­trza, cze­ka­li­śmy na QRF i CASE­VAC. – Zamilkł na moment. – Trzy­ma­łem Donny’ego.

– Tak – przy­tak­nął Boozer. – Zga­dza się. A potem cała dolina eks­plo­do­wała. Zwa­bili nas tam, Reece. Nie widzie­li­śmy jesz­cze nic tak prze­my­śla­nego. Wie­dzieli dokład­nie, co zro­bimy, kiedy wybuch­nie wznie­sie­nie. Zda­wali sobie sprawę, że zrów­namy wszystko z zie­mią i wezwiemy kawa­le­rię po ran­nych i zabi­tych. Całe dno doliny, nasza dokładna pozy­cja sztur­mowa, miało wyle­cieć w powie­trze. Wie­dzieli, kiedy wylą­dują heli­kop­tery, i nas ugo­to­wali. Dash jeden wysa­dził ran­ger­sów, wystar­to­wał, a kiedy pod­le­ciał Dash dwa, odpa­lili ładunki. Drugi heli­kop­ter i wszy­scy ran­gersi. Dostali wszyst­kich.

Reece wpa­try­wał się w sku­pie­niu w Boozera.

– Jone­sey i Mike? – zapy­tał, zna­jąc odpo­wiedź.

Boozer pokrę­cił głową.

– Przy­kro mi, Reece. Chcia­łem, żebyś wie­dział, zanim ci faceci z NCIS tu wpadną. Mam złe prze­czu­cia co do tych paja­ców. Co dziwne, nie pytali o misję. Pytali o cie­bie.

Na twa­rzy Reece’a poja­wiła się dez­orien­ta­cja, ale szybko się otrzą­snął.

– O mnie?

– Myślę, że szu­kają kozła ofiar­nego. Ale to tylko moje zda­nie, Reece. Trzy­maj się. Nie zro­bi­łeś nic złego. Góra zmu­siła nas do tej misji. Narzu­cili nam tak­tykę. To tam­tych skur­wieli powinno się prze­świe­tlić. Podyk­to­wali plan, sie­dząc bez­piecz­nie w kwa­te­rze głów­nej. Jebać ich.

Boozer nie prze­bie­rał w sło­wach. Ni­gdy nie owi­jał w bawełnę i zawsze mówił, co myśli. Jako dowódca Reece wła­śnie tego ocze­ki­wał. To samo był winien swoim żoł­nie­rzom i prze­ło­żo­nym. _Zawsze mów, co myślisz._ Wła­śnie tak buduje się zaufa­nie do dowódcy, z któ­rym rusza się do walki. Bez zaufa­nia nie było niczego.

_Twoi ludzie ci ufali, Reece. A teraz są mar­twi. Skup się. Coś jest nie tak. Coś jest bar­dzo nie tak._Roz­dział 4

Jako naj­lep­szy spe­cja­li­sta w swo­jej dzie­dzi­nie dok­tor Peter O’Hal­lo­ran budził zaufa­nie. W tygo­dniach, które nastą­piły po 11 wrze­śnia 2001 roku, dok­tor O’Hal­lo­ran prze­ka­zał stery uzna­nego cen­trum neu­ro­chi­rur­gii w ręce swo­jego zespołu i wstą­pił do woj­ska, by zro­bić to, co uwa­żał za swój obo­wią­zek.

Będąc jed­nym z naj­lep­szych chi­rur­gów krę­go­słupa w kraju, Peter ope­ro­wał każ­dego: od zawo­do­wych spor­tow­ców u szczytu kariery po sta­rze­ją­cych się poli­ty­ków szu­ka­ją­cych spo­sobu na pozby­cie się chro­nicz­nego bólu. Wie­dział, że w walce tra­fią się poważ­nie ranni, i chciał wyko­rzy­stać swoje wyjąt­kowe umie­jęt­no­ści, by utrzy­mać ich przy życiu. Szybko wydano odpo­wied­nie zgody, które pozwo­liły mu omi­nąć ogra­ni­cze­nia wie­kowe, i ku prze­ra­że­niu żony i dzieci dok­tor Peter O’Hal­lo­ran został pod­puł­kow­ni­kiem O’Hal­lo­ranem z Rezerwy Armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Wkrótce potem spę­dzał wię­cej czasu na służ­bie w Iraku i Afga­ni­sta­nie niż w kli­nice w La Jolla.

Minęły tylko dwa dni od zasadzki i prze­słu­cha­nia, ale fizycz­nie Reece czuł się gotowy, żeby opu­ścić szpi­tal. Przed wypi­sem miał wpaść do dok­tora O’Hal­lo­rana, więc po dopeł­nie­niu wszel­kich for­mal­no­ści dyżu­ru­jąca pie­lę­gniarka zapro­wa­dziła go do gabi­netu chi­rurga. O’Hal­lo­ran przy­wi­tał się cie­pło z Reece’em i popro­sił go, żeby usiadł. Dok­tor obró­cił się twa­rzą do kom­pu­tera i wybrał fol­der, zanim usta­wił ekran tak, żeby Reece mógł mu się dobrze przyj­rzeć. Otwo­rzył plik przed­sta­wia­jący skan mózgu. Natych­miast sko­ja­rzyło się to Reece’owi z czarno-bia­łym obra­zem z kamery ter­mo­wi­zyj­nej na pod­czer­wień, któ­rej uży­wali w walce – pod­świe­tlona jaskrawo trój­wy­mia­rowa rzeźba terenu na czar­nym tle. Dok­tor naje­chał kur­so­rem na biały zarys na zdję­ciu.

– Tra­fiło tutaj dwóch ran­nych. Sta­ra­li­śmy się, jak mogli­śmy, żeby ich ura­to­wać, ale obra­że­nia oka­zały się zbyt poważne. W ramach wstęp­nej oceny wyko­na­li­śmy prze­świe­tle­nia, żeby upew­nić się, jak roz­le­głe były uszko­dze­nia mózgu, i pomi­ja­jąc znaczną ilość odłam­ków, zna­leź­li­śmy to. To tomo­gra­fia kom­pu­te­rowa, którą zro­bi­li­śmy bos­man­ma­towi Mora­le­sowi. Widzisz to? – Jesz­cze raz wska­zał na biały kształt na ekra­nie. – To zmiana, która nie ma związku z ponie­sio­nymi ura­zami. Pato­log odpo­wie­dzialny za sek­cję uważa, że to ską­po­drze­wiak, rzadki i zło­śliwy guz mózgu. Labo­ra­to­rium potwier­dzi te podej­rze­nia albo im zaprze­czy, ale ten lekarz zna się na swo­jej robo­cie i na pod­sta­wie tego zdję­cia zga­dzam się z jego oceną.

Klik­nął myszką i na ekra­nie poka­zał się drugi obraz.

– A to mózg porucz­nika Prit­charda. Jak widzisz, ma nieco mniej­szy, ale podobny guz. Pato­log i ja uwa­żamy, że to ten sam typ. – Trzeci obraz. – A to twój mózg, James. Oczy­wi­ście nie wiemy tego na pewno, ale zmiana wydaje się mieć ten sam roz­miar i kształt co u two­ich ludzi. Gdy­by­śmy byli w Sta­nach, przy­jął­bym cię na oddział i zro­bił biop­sję, ale tutaj nie mam takiej moż­li­wo­ści.

Reece’owi zaschło w ustach. Nagle poczuł osza­ła­mia­jącą potrzebę bycia z żoną i córką.

– Nie chcę, żebyś pani­ko­wał, James. To może być mnó­stwo rze­czy, nowo­twór jest tylko jedną z nich.

– Co? – wyją­kał Reece. – Jak… Jak rzadko się to zda­rza, dok­to­rze? Bo dla mnie to chore, że trzech gości w naszym wieku nagle ma guza mózgu.

– To nie­zwy­kle rzad­kie, James. Czę­sto­tli­wość wystę­po­wa­nia tego kon­kret­nego guza wynosi zale­d­wie trzy dzie­siąte na sto tysięcy. To zale­d­wie dwa pro­cent wszyst­kich guzów mózgu. Przyj­mijmy, że twój jest inny, ponie­waż nie możemy tego potwier­dzić. Ale żeby dwóch ludzi z tego samego oddziału, oby­dwaj po dwu­dzie­stce, miało ten sam typ nowo­tworu… – O’Hal­lo­ran pokrę­cił głową. – Szanse na to są astro­no­micz­nie małe. Czy ty i twoi ludzie byli­ście wysta­wieni na jakie­kol­wiek czyn­niki bio­lo­giczne lub che­miczne? Byli­ście nara­żeni na pro­mie­nio­wa­nie?

– Nie, nic mi o tym nie wia­domo. To zna­czy, kiedy pierw­szy raz byli­śmy w Iraku, sporo się mówiło o che­micz­nym i bio­lo­gicz­nym zagro­że­niu, ale Prit­chard pew­nie wtedy cho­dził jesz­cze do liceum. I jeśli się dobrze orien­tuję, to były tylko plotki. Jeden zespół został zaata­ko­wany jakąś odmianą ipe­rytu, ale nie było to nawet bli­sko miej­sca, gdzie wtedy dzia­ła­łem. Ale jeśli cho­dzi o tych dwóch, nic nad­zwy­czaj­nego.

– Hmm, pomyśl jesz­cze nad tym i jeśli coś przyj­dzie ci do głowy, daj mi znać. To jest nie­praw­do­po­dobne. Tak jak powie­dzia­łem, tutaj nie zro­bimy nic wię­cej, ale kiedy wró­cisz do kraju, musisz się prze­ba­dać, tak dla pew­no­ści. Nie­długo koń­czę turę. To był długi rok, ale za mie­siąc będę już w kli­nice w Kali­for­nii. Chciał­bym, żebyś przy­je­chał do mnie do La Jolla. Mam paru kole­gów, któ­rzy spe­cja­li­zują się w bada­niach mózgu, uwa­żam, że powi­nie­neś ich poznać. Nie mia­łeś kło­po­tów ze wzro­kiem, bólów głowy, nic z tych rze­czy?

– Nie, sir – skła­mał Reece. Potrze­bo­wał czasu, by wszystko prze­my­śleć.

– A co z bos­man­ma­tem Mora­le­sem i porucz­ni­kiem Prit­char­dem? Czy oni albo któ­ryś z two­ich ludzi skar­żyli się na jakieś nie­po­ko­jące migreny?

– Nie, ale to aku­rat nic nad­zwy­czaj­nego u tych chło­pa­ków. W teamach ludzie raczej nie skarżą się na tego typu rze­czy. Boją się, że to może wyklu­czyć ich z walki.

– Rozu­miem – powie­dział dok­tor, zamy­śla­jąc się. – Przy­kro mi z powodu two­ich ludzi. Wiem, że to pew­nie nic nie zna­czy, ale naprawdę mi przy­kro. Wróć bez­piecz­nie do domu, uści­skaj rodzinę, pocho­waj żoł­nie­rzy, a kiedy już wrócę, umów się na wizytę w moim gabi­ne­cie. Trzy­maj się, James.

Reece wyszedł ze szpi­tala kom­plet­nie zagu­biony. W rze­czy­wi­sto­ści już go tam nie było – pochło­nęły go myśli o rodzi­nach synów, mężów i ojców, któ­rych ciała, albo to, co z nich zostało, pako­wano do wor­ków. W owi­nię­tych fla­gami trum­nach mieli odbyć ostat­nią podróż do domu.Roz­dział 5

_Dowódz­two Mor­skich Dzia­łań Spe­cjal­nych_
_Coro­nado, Kali­for­nia_

Adiu­tant zapu­kał przed wej­ściem do gabi­netu admi­rała Pil­snera.

– Sir, biuro sekre­tarz obrony na linii.

– Powiedz Howar­dowi, żeby tu przy­szedł, i połącz – odpo­wie­dział szorstko admi­rał.

– Tak jest, sir.

JAG admi­rała, koman­dor Leonard Howard, wszedł bez puka­nia po mniej niż trzy­dzie­stu sekun­dach.

Gdy tele­fon na biurku admi­rała zadzwo­nił, ten wci­snął przy­cisk, by od razu prze­łą­czyć na tryb gło­śno­mó­wiący.

– Tu admi­rał Pil­sner, cze­kam na połą­cze­nie z panią sekre­tarz.

– Dzię­kuję, panie admi­rale – odpo­wie­dział nie­zi­den­ty­fi­ko­wany głos. – Sekre­tarz Har­tley połą­czy się z panem za chwilę.

Po bli­sko pię­ciu minu­tach cze­ka­nia linia ożyła.

– Dzień dobry, pani sekre­tarz. Co mogę dla pani zro­bić? – przy­wi­tał się pogod­nie admi­rał.

– Co tam się, do cho­lery, dzieje, admi­rale? – zapy­tała roz­wście­czona Lor­ra­ine Har­tley.

– Pani sekre­tarz, zro­bi­li­śmy wszystko, co w naszej mocy, by opa­no­wać sytu­ację, ale nie udało nam się wypeł­nić misji w stu pro­cen­tach.

– Co w waszej mocy? Jesteś admi­ra­łem WAR­COM i to jest twoje „co w naszej mocy”?

– Pani sekre­tarz, robimy wszystko, żeby posprzą­tać to jak naj­szyb­ciej.

– Zaczy­nam myśleć, że nie potra­fisz się tym zająć. Przede wszyst­kim oca­lali mają jak naj­dłu­żej zostać na miej­scu w związku z pro­wa­dzo­nym śledz­twem. Nie zamie­rzam pozwo­lić, żeby ame­ry­kań­ska opi­nia publiczna zako­chała się w nich pod­czas burzy medial­nej, która roz­pęta się wokół pogrze­bów. Nie chcę ich widzieć, nie chcę o nich myśleć, odpo­wie­dzial­ność mają ponieść oni. Chcę, żeby dowódca tego oddziału był nowym Custe­rem. Zarzuty mają mu być posta­wione na wczo­raj.

Wtedy ode­zwał się Leonard Howard.

– Pani sekre­tarz, tu koman­dor Leonard Howard. Będzie nam trudno oskar­żyć kapi­tana Reece’a o cokol­wiek pod­pa­da­ją­cego pod kodeks, dopóki nie zamkniemy śledz­twa.

– Nie pieprz mi tu głu­pot, Howard. Znaj­dziesz coś, o co można go oskar­żyć. Mamy tak wiele prze­stępstw fede­ral­nych, że Depar­ta­ment Spra­wie­dli­wo­ści nie jest w sta­nie ich zli­czyć, a ty mi mówisz, że nie możesz nic zna­leźć? „Daj­cie mi czło­wieka, a znajdę na niego para­graf”, nie sły­sza­łeś tego ni­gdy? Wlep­cie mu wszystko, co może­cie, ale macie go nie zamy­kać; jest nam potrzebny na wol­no­ści, żeby zakoń­czyć to raz, a porząd­nie. Posprzą­taj­cie to albo poża­łu­je­cie, że kie­dy­kol­wiek mnie spo­tka­li­ście. – Oby­dwaj męż­czyźni usły­szeli klik­nię­cie i połą­cze­nie zamarło.

Pil­sner spoj­rzał na JAG-a.

– Dzwoń do Horna, natych­miast. Potrze­bu­jemy planu, zanim wylą­dują w Sta­nach. I każ NCIS moc­niej przy­ci­snąć Reece’a.Roz­dział 6

_Baza lot­ni­cza Bagram_
_Bagram, Afga­ni­stan_

Kolejne dni mijały wolno, a Reece wciąż nie mógł opu­ścić Bagram. Jego ludzi pocho­wano w obec­no­ści zroz­pa­czo­nych rodzin, pod­czas gdy on utknął na dru­gim końcu świata; nie dane mu było spoj­rzeć wdo­wom, dzie­ciom ani rodzi­com w oczy, by zapew­nić ich, że dowie się, dla­czego wpa­dli w tę mor­der­czą zasadzkę. Wie­dział, że WAR­COM zrobi z niego kozła ofiar­nego, ale gdyby ktoś zapy­tał go o zda­nie, to w pełni na to zasłu­gi­wał. Stra­cił wszyst­kich ludzi w walce, a to grzech śmier­telny każ­dego dowódcy. _I dla­czego? Przez jakiś cel, o któ­rym gówno wie­dzie­li­śmy?_ Stres zwią­zany z rzad­kim guzem mózgu, któ­rego mógł mieć, przy­pra­wiał go o zawroty głowy. Nie­mal codzien­nie był wzy­wany na prze­słu­cha­nia przez mato­łów z NCIS i raz po raz opo­wia­dał jedy­nie o kwe­stiach doty­czą­cych ostat­niej misji, odma­wia­jąc sta­now­czo roz­mowy na temat pry­wat­nej kore­spon­den­cji. Pyta­nia agen­tów śmier­działy reali­zo­wa­nym z pre­me­dy­ta­cją pla­nem, któ­rego mógł się jedy­nie domy­ślać. By nagiąć fakty do przy­ję­tej przez sie­bie nar­ra­cji, cyto­wali wyrwane z kon­tek­stu zda­nia pocho­dzące z maili sprzed pięt­na­stu lat. Jedna rzecz była dla Reece’a jasna: biura śled­czego nie inte­re­so­wało, co fak­tycz­nie wyda­rzyło się pod­czas pla­no­wa­nia misji i w jej trak­cie. Mieli za zada­nie upew­nić się, że winę ponie­sie tylko Reece i nikt wię­cej. Bywało bru­tal­nie, ale jakoś dawał radę.

Po dwóch tygo­dniach cią­głych prze­słu­chań i bez­sen­nych nocy, pod­czas któ­rych myślał o nowo­two­rze, w końcu otrzy­mał pozwo­le­nie na powrót do domu. Roz­parł się w fotelu C-5, kiedy samo­lot, roz­pę­dziw­szy się na pasie star­to­wym, pode­rwał nos i prze­chy­lił się mocno na skrzy­dło, by szybko nabrać wyso­ko­ści i wyrwać się spoza zasięgu wro­gich kara­bi­nów i gra­nat­ni­ków RPG, zosta­wia­jąc Bagram w tyle. Reece myślał o tym, co wyda­rzyło się w kraju pod jego nie­obec­ność. Dowódz­two zostało zmo­bi­li­zo­wane. Ofi­ce­ro­wie, któ­rzy mieli zawia­do­mić rodziny o śmierci pole­głych, wyru­szyli, by dotrzeć do roz­sia­nych po całym kraju rodzin szyb­ciej niż infor­ma­cje prze­ka­zy­wane przez cało­do­bowe sta­cje tele­wi­zyjne. Matki i ojco­wie, żony i dzieci otrzy­mali wia­do­mość, któ­rej boi się każda rodzina woj­sko­wego. Nie­ocze­ki­wane puka­nie do drzwi, kape­lan, ofi­cer, przy­ja­ciel. Nie­wy­obra­żalne. Krzyk. Płacz. Dzieci. Pogrzeb. Wina. _Wina. To moja wina. To ja byłem ich dowódcą. To ja pono­szę odpo­wie­dzial­ność. I nawet nie mogłem powie­dzieć im tego oso­bi­ście; nie mogłem wypeł­nić swo­jego obo­wiązku._

Pod­czas lotu w końcu mógł poukła­dać sobie w gło­wie pewne rze­czy.

Może zadzwoni do Lau­ren z Nie­miec? Jeśli dosta­nie kilka godzin, żeby się odprę­żyć; piloci i załoga będą pew­nie musieli zro­bić sobie regu­la­mi­nową prze­rwę na odpo­czy­nek.

_Jak mogę wró­cić do domu, do rodziny, kiedy dwu­dzie­stu ośmiu ran­ger­sów, czte­rech pilo­tów i trzy­dzie­stu sze­ściu SEAL­sów z mojej jed­nostki zada­nio­wej wraca do domu w trum­nach?_

_To jest wojna, Reece_.

_Nie. Wróg był dobry, ale nie aż tak_.

_Ta zasadzka była zbyt dobrze prze­my­ślana, zbyt sku­teczna. Wyma­gała mie­sięcy, jeśli nie lat, pla­no­wa­nia. Mate­riały wybu­chowe – jakie i jak zostały zde­to­no­wane? Czemu żaden z rebe­lian­tów nie wysko­czył z tam­tego budynku po pierw­szym wybu­chu? Czy w ogóle ktoś tam był? Skąd wie­dzieli, gdzie wylą­dują śmi­głowce? Dla­czego zmu­szono nas do udziału w tej misji? Dla­czego pyta­nia NCIS były tak ten­den­cyjne, i to od razu po zakoń­cze­niu ope­ra­cji? Co mi umyka?_
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: